Banner Top

Rządy prawa czy rządy mafii

Czy Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa? Ot, zagwozdka. Formalnie tak, zapisano to nawet w Konstytucji. Ale siłą głosów legislatury można zapisać w Konstytucji, że Polska jest krainą szczęśliwości; nie zmieni to jednak realiów „padołu łez”.

Prawo, nawet konstytucje, ma znaczenie, tylko wtedy gdy jest przestrzegane. Państwo prawa jest zatem bardziej określeniem stanu świadomości społecznej niż definicją ustroju państwowego.

Powtórzyć tu mogę za J. Srokoszem: „najbardziej ogólne znaczenie rządów prawa, przedstawione przez Briana Tamanaha: „rządy prawa oznaczają, że rząd i obywatele są związani i ograniczeni prawem”. Przyjęta definicja oznacza podporządkowanie całego zakresu działania zarówno  państwa i jego organów, jak i obywateli wyraźnym i z góry określonym regułom ustanowionym w przepisach prawnych. Nawiązując do angielskiej tradycji konstytucyjnej, rule of law jest zaprzeczeniem arbitralności i dyskrecjonalności rule of men. Zastąpienie rządów w pełni arbitralnych i opartych na woli podmiotu sprawującego władzę na takie, gdzie będzie ona ograniczona przez jasno sformułowane i niezmienne przepisy prawne, którym podlegać będzie zarówno suweren, jak i wszyscy poddani, pozwolić miało na sprawowanie władzy z korzyścią dla ogółu i poszanowanie nawet minimalnie  zakreślonej sfery prywatnej wolności każdego człowieka. W samej idei rządów prawa chodziło zatem o możliwe zagwarantowanie pewnej sfery podmiotowości obywatela, ale także doprowadzenia do sytuacji przewidywalności prawa, oraz, co za tym idzie, możliwości planowania swoich zachowań przez obywateli, czyli sytuacji bezpieczeństwa prawnego /s 5-6/”[1].

Państwo prawa opiera się o swoistą umowę społeczną zakładająca istnienie norm przestrzeganych przez rządzących i rządzonych; normy owe nie mogą być jednostronnie, arbitralnie narzucane przez rządzących rządzonym, muszą chronić i gwarantować podstawowe wolności i własność obywateli. „Wprowadzanie w życie państwa zasady „rządów prawa” związane było zatem z przyjęciem ograniczeń w sprawowaniu władzy przez państwo – postrzegane jako pewnego rodzaju odrębny od zbiorowości obywatelskiej podmiot, który tak jak hobbesowski Lewiatan został stworzony do tego, by zapewnić każdemu obywatelowi spokój i bezpieczeństwo. Istnienie państwa było postrzegane jako warunek sine qua non gwarancji bezpieczeństwa obywatela, jednakże Lewiatan mógł stać się niebezpieczny dla jednostki, o ile rządzący nie mieli ustanowionych ograniczeń w sprawowaniu władzy. Ograniczenia te pod postacią prawa tworzyło samo państwo, które następnie w pełni się im podporządkowywało, a wszelkie jego naruszenia mogły zostać osądzone przez podległe jedynie prawu, organy władzy sądowniczej. W takim ujęciu państwo, tak jak każdy inny podmiot podlegający obowiązującemu prawu, zobowiązane było do przestrzegania ustanowionych reguł oraz ponoszenia konsekwencji za działania podmiotów występujących  w jego imieniu.”/ Srokosz, op.cit s 6/

Demokracja to tylko forma wyboru rządzących, umożliwia wybór zarówno św. Franciszka jak i Adolfa Hitlera. Rzeczywisty postęp w ochronie indywidualności ludzi przyniosły dopiero rządy prawa. Bez nich życie jednostki zależne było od humoru Chana, mógł on dowolnie dawać i zabierać, jego słowo było wiążącym prawem, sam też był sędzią oceniających, kto nie spełniał a kto wykonywał jego wolę. Chanaty przeszły do historii, ale większość państw świata rządzona jest w chańskim stylu. Można go także określić „rządami mafii”, bo niejednokrotnie zawłaszczania państwo dokonywała typowo „mafijna rodzina”, wykorzystując najpierw narzędzia demokracji, a potem przysługujący państwu atrybut: monopol na stosowanie przemocy. Trudno inaczej określać takie „suwerenne państwa” jak Rosja, Wenezuela, Chiny, Arabia Saudyjska, Turcja itp. indywidua szczycące się odkrywaniem innej niż demokratyczno-liberalnej drogi do szczęścia swych obywateli.

Państwo prawa to stan świadomości. Wymaga by każdy, bez względu na swój status społeczny, uznał, że w jego najlepiej pojmowanym interesie jest przestrzeganie prawa i dotrzymywanie umów.

Prezydent Państwa powinien nie tylko przestrzegać prawa ale i skrupulatnie oraz odważnie bronić Konstytucji, bo inaczej ktoś mu powie poufale: „Panie Andrzeju, bez Konstytucji to z pana D...a, a nie Prezydent”. Szary człowieczek, szeregowy obywatel, wie, że gdy nie funkcjonuje prawo to on jest nikim, ofiarą, którą można bezkarnie okraść, gwałcić, oszukać. Nie strach przed karą, ale ta świadomość wspólnego interesu w przestrzeganiu prawa budować może klimat nadający się do życia.

Legalizm nie jest jednak cnotą u ludzi upowszechnioną, konkuruje z nim wyrosła z tradycji historycznej „swoboda” oraz „wiel-możność”. „Swoboda” (nie mylmy jej z wolnością) to wyraz egoizmu, przekonanie, że moje dobro stoi ponad „nieżyciowymi przepisami”. Ponieważ sami sobie przypisujemy przywilej interpretowania co jest „nieżyciowym przepisem”, nadajemy sobie swoisty immunitet. Jesteśmy za ograniczeniami dla bezpieczeństwa komunikacyjnego, ale sami jedziemy „setką” przez miasto; szanujemy nietykalność człowieka, ale „nasz dom, nasz zamek”  kto nam zabroni dyscyplinować biciem żonę czy dziecko. Trzeba pogonić „cyganów” i innych „brudasów”, ale jak można się czepiać mnie, białego człowieka, za zaśmiecanie chodnika, malowanie logo klubu nas cudzej ścianie czy wywożenia odpadów do lasu i wylewanie szamba do rzeki. „Wiel-możność” częściowo wypływa ze „swobody”, wpisuje się w hasło „kto bogatemu zabroni”. Ma ono w Polsce i w innych krajach kształtowanych kulturą wschodnią przede wszystkim twarz polityczną. „My rządzimy” więc stanowimy prawo dla plebsu, by tą hołotę utrzymać w ryzach. A skoro stanowimy prawo dla hołoty, to nie musi ono nas obowiązywać. Dokładnie taki rodzaj arogancji wyraża każdy poseł pędzący samochodem z szybkością Kurskiego, bo mu immunitet pozwala. Często, niestety, spotykamy takich polityków z „awansu społecznego” przekonanych, że „ja wiele-może”, a wy „mnie możecie skoczyć”. Smutny to widok, bo elity – także te polityczne – powinny być wzorem zachowań przyzwoitych.

Państwo prawa to stan świadomości, nie da się go zadekretować, ustanowić, nawet dysponując większością parlamentarną. Trzeba je, jak każdą cywilizację, cierpliwie budować, hodować, pielęgnować. Mamy jednakże dziś do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, ze świadomą dewastacją państwa  prawa, z niszczeniem europejskiej cywilizacji w Polsce, w imię egoizmu grupowego „mafii”, która przejęła rządy. Jeśli kogoś ta nazwa „mafia” obraża, to przypomnę sprawę Falenty tzw. „aferę podsłuchową”. Zwykły szacunek dla państwa wymaga by ta sprawa była dogłębnie wyjaśniona w drodze uczciwego procesu przed niezależnym sądem. Jeśli w takiej sprawie nie da się zagwarantować uczciwego procesu, to właśnie jest dowód, że „państwo mafii” wyparło „państwo prawa”.

Pan Falenta, jak zwykły „skruszony przestępca”, w obawie przed więzieniem, skierował listy do Prezydenta RP i do prezesa partii PiS deklarujące wolę „wsypania” protektorów i wspólników. Obraz rysujący się z listu jest bardziej przygnębiający od słynnej amerykańskiej „afery Watergate”. Pan Falenta, z pomocą namówionych kelnerów, chcąc mieć narzędzia szantażu, montuje podsłuchy w modnych, warszawskich restauracjach. Dysponując tymi podsłuchami, opisuje w liście do J. Kaczyńskiego: „przyszedłem z tymi informacjami, jeszcze przed aferą do Pana byłego skarbnika Stanisława Kostrzewskiego, któremu jako pierwszemu pokazałem pozyskane nagrania u mnie w biurze. Zatrudniłem wtedy jego siostrzenicę. Potem spotkaliśmy się u Pana w siedzibie przy ul. Nowogrodzkiej. To on skontaktował mnie z agentami służb CBA z Wrocławia i ABW z Katowic, którym otwarcie pokazałem, jaki materiał pozyskałem. Poprosili o kontynuację tej operacji, co też wykonałem. Wszystko jest dokładnie opisane w tajnych raportach CBA. W tajnej bazie operacyjnej CBA w okolicach Płocka uzgodniłem, że przekażę cały pozyskany materiał.”

Pan Falenta był współpracownikiem służb specjalnych (CBA i ABW). Każdy funkcjonariusz tych służb składa przysięgę: „Ja, Obywatel Rzeczypospolitej Polskiej przysięgam: służyć wiernie Narodowi, pilnie przestrzegać prawa, dochować wierności konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej, sumiennie i bezstronnie wykonywać obowiązki funkcjonariusza Centralnego Biura Antykorupcyjnego, nawet z narażeniem życia, a także strzec honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać dyscypliny służbowej i zasad etyki zawodowej”. Służby specjalne obdarzane są szczególnymi kompetencjami, w imię ochrony bezpieczeństwa państwa i obywateli zezwala się im na stosowanie metod niedopuszczalnych dla zwykłych obywateli. Tak jak wyłącznie państwu przyznajemy prawo do stosowania przemocy, tak tylko i wyłącznie wyspecjalizowanym służbom państwa dajemy przywilej naruszania naszej prywatności. Zgodne z prawem i zadaniami służb byłoby pozyskanie współpracy Falenty, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie, że podsłuchiwani ministrowie, posłowie, prezesi, wysocy urzędnicy i przedsiębiorcy zamierzają naruszyć prawo, przyjąć lub wymusić łapówki itp. Jeśli podsłuchy lub uzyskany w inny sposób materiał nie potwierdza tego, powinien być zniszczony. Tu jednak zachodzi sytuacja inna. Funkcjonariusze nie kierowali się wartościami, które ślubowali (służyć wiernie Narodowi, pilnie przestrzegać prawa, dochować wierności konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej), dokonali świadomego aktu zdrady. Zawiązany został (tak wynika z listu Falenty) spisek polityków  partyjnych, w tym byłych szefów CBA ( zwolnionych za naruszanie prawa), z funkcjonariuszami służb specjalnych. Świadomie naruszając prawo, wykorzystując agenturę, lub zaprzyjaźnionych dziennikarzy, ujawniono materiał z podsłuchów chcąc wpłynąć na wynik głosowania parlamentarnego. Są to poważne przestępstwa wymierzone w fundamenty demokratycznego państwa; sprowadzające Rzeczpospolitą do rangi „marionetkowych państewek”, w których o wyborze władzy decyduje pucz wojskowy lub spisek służb specjalnych. Pan Kaczyński w ten sposób urealnił wizję, którą straszył na początku lat 90-tych: „latynoamerykanizację polityki polskiej”. Nie mieszajmy do tej sprawy wartości wyższych, słów o patriotyzmie itd.; uczyniono to z pobudek niskich, z chęci zdobycia władzy, dobrze opłacanych stanowisk i innych realnych, materialnych dóbr.

Podobnie jak w innych marionetkowych państewkach zwycięzców nikt nie sądzi. Kogo obchodzi, czy mafia na Arubie doszła do władzy zgodnie z procedurami demokratycznymi; ona jest i takie są realia. Kto w państwie mafijnym wytoczy oskarżenie mafii? Na Arubie – nikt. A w Polsce? Prokuratura jest w sposób dyktatorski zarządzana przez wspólników „spiskowców”, celem jej nie jest wyjaśnienie sprawy Falenty, ale jej „utopienie”. Wprawdzie prokurator także składa przysięgę: „służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa i strzec praworządności”; ale w pragmatyce służbowej najważniejsza jest „wierna służba” ministrowi. Jeśli nawet prokurator obawia się kary za skrywanie przestępstwa; to uspokaja go art 137: „Nie stanowi przewinienia dyscyplinarnego działanie lub zaniechanie prokuratora podjęte wyłącznie w interesie społecznym”. A co jest dziś w Polsce ważniejszym interesem społecznym niż zagwarantowanie spokoju Prezesowi i wygranej jego partii...

Teoretycznie, ze względu na powierzone kompetencje służby specjalne powinny być pod ścisłym nadzorem społecznym sprawowanym przez Premiera RP oraz sejmową Komisję ds Służb. W imieniu Premiera służby kontroluje uczestnik „spisku” minister Kamiński. W sejmowej komisji na 7 członków jest 4 z PiS i po jednym z partii opozycyjnych (Kukiz 15, PSL, PO). Przewodniczącym komisji od lipca 2019 r. jest poseł PiS z Czeladzi, specjalista od polityki społecznej.

Mamy więc poważne podejrzenie o przestępstwo zdrady popełnione przez funkcjonariuszy służb specjalnych, mamy podejrzenie o istnieniu spisku mającego na celu wpływ na wynik demokratycznych wyborów. I mamy instytucje państwa zaangażowane przede wszystkim w ukrycie tej sprawy i ochronę podejrzanych o przestępstwo.

Czy to jest obraz państwa prawa, czy też obraz państwa mafii?

Ktoś może powiedzieć, że nie można na podstawie donosu „skruszonego przestępcy” oskarżać „nieskazitelnych patriotów” pełniących funkcje ministrów bądź innych wysokich urzędników. Zgoda, nie można. Ale czy ten „nieskazitelny patriotyzm” uzasadnia wykorzystanie narzędzi i przemocy państwa dla ochrony własnego ego? Jak pan Piłsudski naruszył zasady prawa obalając przemocą legalny rząd, to jego akolici musieli uchwalić ustawę o ochronie „dobrego imienia Marszałka”; może więc teraz potrzebne są władzy podobne formy ochrony tego, czego nie posiada: dobrego imienia. Ostre słowa krytyki są znamieniem bezsiły. Myślę, że nie jestem osamotniony w swej goryczy, gdy widzę, że hańbiąca moją Rzeczpospolitą „afera taśmowa” nie zostanie wyjaśniona w drodze uczciwego procesu przed niezawisłym sądem.

I żal, że Polska mimo pięknych słów w Konstytucji daleka jest od stanu określanego jako „państwo prawa”.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Przypisy:
[1] „Rządy prawa i europejska kultura prawna” Wrocław 2014
Jacek Srokosz „Rządy prawa jako efekt obiektywnego postępu społecznego – o solidarystycznej wizji genezy praworządności i ochronie praw człowieka”

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px