Banner Top

PRL musi odejść

„System, który odziedziczyliśmy po poprzednikach, nie może już istnieć. Stał się źródłem rozkładu gospodarki, dezorganizacji i degradacji życia, dehumanizacji stosunków między ludźmi./../ Nasza propozycja to gospodarka oparta na mechanizmach rynkowych, o strukturze własnościowej występującej w krajach wysoko rozwiniętych, otwarta na świat./.../ Alternatywa, którą proponujemy – to życie udane zamiast udawanego”. - Leszek Balcerowicz, 17 grudnia 1989 r.

Wmawianie, że istnieje spór o program Balcerowicza, wdrożony 30 lat temu, jest zwykłym eufemizmem, maskującym istotę spornej sprawy. Możemy, bo czemu nie, przytaczać podobne historyczne analogie. W drugiej połowie lat 20-tych XX w., z podobną mocą krytykowano reformy W. Grabskiego, likwidujące hiperinflację i wprowadzające wymienialną złotówkę.

Do dziś w Stanach toczą się spory dotyczące Nowego Ładu i działań rządu wobec Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych. Mieliśmy także niedawno gorący spór o metody łagodzenia kryzysu bankowego w 2008 r.; czy pieniędzmi podatników można ratować „banksterów”... Historia ekonomii tworzona jest podobnymi sporami; być może właśnie dzięki nim, ucząc się na błędach przodków, wiemy jak postępować, by w czasie wzrostu zaoszczędzić na czas postu; choć i tak uparcie postępujemy odwrotnie.

Po trzydziestu latach spór o Balcerowicza trafić może do wspólnej szkatułki „samoumartwienia narodowego”. Mamy w sobie coś hiszpańskiego w umiłowaniu sloganu „vive la muerte” (niech żyje śmierć); przeto świętujemy klęskę Powstania Warszawskiego, Kościuszkowskiego czy Styczniowego, przegraną pod Cecorą i Warną itd. To samoumartwienie nie pozwala nam cieszyć się z sukcesów nie okupionych morzem krwi. Stąd, ku zdziwieniu reszty świata, nasz narodowo-wrogi stosunek do wydarzeń sprzed 30 lat, gdy Polska odzyskując bez rozlewu krwi niepodległość, zapoczątkowała proces rozpadu Imperium Zła – ZSRR; gdy Polska dała innym krajom przykład umiejętności w budowaniu demokratycznego państwa z normalną gospodarką. W imię patriotycznego samoumartwienia musimy tłumaczyć światu, że w 1989 r nie odzyskaliśmy niepodległości, ale ją utraciliśmy; że nasz bohater był agentem SB; że zamiast demokracji wybudowaliśmy państwo mafijno-oligarchiczne; że zamiast gospodarki troszczącej się o człowieka narzucono nam antyludzki kapitalizm... Innymi słowy ten rodzaj patriotyzmu ustawia Polskę w roli wiecznej ofiary a Polaków w roli wiecznych przegranych. To akurat nie jest najlepszy wizerunek dla kogokolwiek; chyba, że dla zawodowego żebraka.

Balcerowicz w tym samoumartwieniu patriotycznym pasuje idealnie, jako taki co się urodził i wszystkim nie dogodził. Krytykuje go „ekonomista” Morawiecki, przekonany, że jest lepszym Balcerowiczem, krytykuje go najlepszy znawca gospodarki pan Kaczyński, krytykuje go Prezydent, Arcybiskup a nawet Ojciec-Dyrektor. Od zawsze kontruje go libertarianin Korwin-Mikke i skupione w jego cieniu grono szczawików narodowo-socjalistycznych. W „menstrymie” opozycyjnym mruczą na Balcerowicza w KO, nie lubią go w PSL i zwalczają na „lewicy”. Upomnieć się o ofiary Balcerowicza powinien każdy postępowy celebryta; a niepostępowy grozić musi ogniem piekielnym temu wysłannikowi szatańskiego kapitalizmu. Innymi słowy mamy zwarty front, mamy łamy prasy od „Gazety Wyborczej” po „Nasz Dziennik”, wspólną linię TVP, Polsatu i TVN, świat jednoczony niechęcią do Balcerowicza.

Ponieważ mamy wspólny front „lewica-prawica” anty-Balcerowiczowski, sprowadzanie sporu do wymiany logicznej argumentacji jest rzeczą niemożliwą. Można, i robią to niektóre „dinozaury”, cierpliwie powtarzać: 1) w 1989 r. nikt nie był zdolnym przedstawić spójnej alternatywy wobec planu Balcerowicza 2) próby takowych „alternatywnych” reform  realizowano w Czechosłowacji, na Węgrzech, w Rosji, na Ukrainie i efekt tego był żałosny 3) dzięki planowi Balcerowicza, realizowanego także po jego odejściu przez kolejne rządy lewicowe i prawicowe, Polska odnotowała najwyższe tempo wzrostu gospodarczego wśród wszystkich państw odchodzących od socjalizmu... Ale to zostanie odrzucone machnięciem ręki przez Zandberga i przez Morawieckiego. Pierwszy, anachronicznie wierny marksistowskiemu przykazaniu, twierdzić będzie, że plan był narzuconą ideologią neomonetarystyczną, skutkującą „terapią szokową”. Drugi, odkrywa, że po ćwierćwieku istnienia III RP „Polska jest w ruinie” i trzeba ją odbudowywać metodami rosyjskimi „państwowym kapitalizmem”. W jednym i drugim przypadku, a owe prezentują ogół większości krytyków Balcerowicza, spór historyczny przenosi się na realia współczesnej polityki. Tym samym, dla naszego życia prywatnego ma wagę nieporównywalnie większą, od kłótni o przebieg i skutki bitwy pod Grunwaldem czy nad Wisłą.

W istocie tego sporu Balcerowicz jest tylko „wygodną figurą”; problem wynika z oceny swoistego eksperymentu społecznego jakim był PRL-owski socjalizm. Słowo eksperyment jest tu niezbędne by nie ulegać samozakłamaniu. Ekonomia jest nauką o zachowaniach ludzi w warunkach ich wolności. Nie jest nauką tylko o gospodarce; nie zajmuje się analizami reakcji maszyn w fabrykach na dostawy surowca i energii. Zajmuje się ludźmi, przyjmując stan ich wolności za punkt wyjścia. Ludzie mogą swoją wolność działań wykorzystać dobrze lub źle, racjonalnie lub nieracjonalnie; zdarza się, że wolność jednej osoby zagraża wolności i bezpieczeństwu innej. Wiedząc o tym tworzy się prawa ograniczające wolność i instytucje stojące na straży owych praw. Nie zmienia to podstawy: wolność jest stanem naturalnym ludzi, wszelkie ograniczenia – ingerencją w naturę. Ekonomia badając zachowania ludzkie, analizuje także różne formy ingerencji w ograniczanie wolności, posiłkując się wiedzą historyczną może ocenić ich rzeczywisty walor. Ponieważ zachowania ludzi zmieniają się powoli; możemy z przykładów historycznych, sięgających od czasów starożytnych po współczesne, wiedzieć, że nadmierna podaż pieniądza skutkuje inflacją, a próby przeciwdziałania poprzez zamrażanie cen prowadzą do krainy pustych półek w sklepach.

Rozwój nauk, nie tylko ekonomii, przyczynił się do powstania nowej religii: wiary, że z pomocą umysłu człowiek zdolny jest rozwiązać wszelkie problemy. Jak każda religia, także i ta miała swoje zalety, ale też rodziła niebezpieczeństwo poddania się ideologicznej utopii. Nauka, jako taka, nie tworzy dogmatów, wymaga ciągłej weryfikacji odkryć doświadczeniami i eksperymentami. Może się jednak trafić nad-ambitny naukowiec, przekonany o nieomylności swojego odkrycia, a tym samym odrzucający jako despekt i herezję próby weryfikacji głoszonej teorii. Ten rodzaj nad-ambitności poprowadził niektórych badaczy ekonomii w stronę marksizmu. Innymi słowy powstała obok klasycznej ekonomii szkoła dogmatu, przyjmujące z góry określone założenia i szukająca w faktach jedynie uzasadnienia dla owych założeń. Utopie naukowe są często niegroźne dla ludzi; komu bowiem przeszkadza, gdy ktoś wierzy w płaskość Ziemi czy pochodzenie szlachty od kosmitów. Problem rodzi się, gdy utopie łączą się z polityką, a ich wyznawcy drogą demokracji lub przemocy zdobywają władzę; i co najgorsze: próbują w drodze eksperymentu społecznego sprawdzić „jak to działa”. Dla dobra ogółu ludzkości być może taki eksperyment jest przydatny, by ostatecznie „na żywym organizmie” zweryfikować wymyślone tezy; gorzej gdy to my robimy za „myszkę   laboratoryjną”, czyli „żywy organizm”.

Otóż było tak, że w czasach PRL byliśmy tymi „myszkami” na których sprawdzano eksperyment „realnego socjalizmu”. Mniej jej istotne, czy ten eksperyment nam narzucono, czy też mieliśmy pewną autonomię i udział własny w jego wprowadzaniu. Nie jest też istotne czy ów eksperyment wprowadzono zgodnie z „czystym dogmatem”, czy też rozrzedzano go rozmaitymi domieszkami i herezjami. W okresie 40 lecia PRL wypróbowano na nas różne sposoby „realnego socjalizmu”, nie znajdując ani jednej jego odmiany korzystnej dla ludzi. Ostatecznie, o czym nie chce się pamiętać, PRL zakończył swoje istnienie przez bankructwo, co powinno wyczerpać dyskusję o korzyściach z marksistowskiej ekonomii.

Jesteśmy jednak tylko ludźmi. Dla każdego człowieka, wedle znanego powiedzenia, pewne są dwie rzeczy: śmierć i podatki. I prawie każdy człowiek owe dwie rzeczy – śmierć i podatki – uważa za niesprawiedliwość. Podobnie, choć znam wiele osób, jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by nie uważał za niesprawiedliwość bankructwa swojego zakładu pracy. Nie ma w tym większej różnicy, czy ta osoba należała do kierownictwa zakładu, czy była szeregowym robotnikiem; uznanie, że bankructwo było wynikiem błędów czy złego zarządzania, to jakby przyznanie się do własnej nieudolności; łatwiej zwalić to na knowania Żydów, Ruskich czy innych, nieludzkich kapitalistów. Jest to tak ludzkie, tak oczywiste, że nietaktem wydaje się dyskutowanie. Przyjąć też należy, że większość pracowników zbankrutowanego przedsiębiorstwa uczciwie i ciężko pracowała, starała się by wyrób był możliwie najlepszy, dla dobra przedsiębiorstwa rezygnowała nawet z aspiracji płacowych, na własnych koszt inwestowała w siebie chcąc pracować lepiej i wydajniej; czyli robiła wszystko, za co w gospodarce obiecana jest nagroda, a nie kara. Świadomość tego, że mimo naszych starań, w jakiejś tureckiej fabryce produkują materiał bawełniany taniej i lepiej, zatem wygrywają z nami w rynkowej konkurencji; tego typu świadomość trudniej przebiją się do wyobraźni, niż teoria o spisku „skorumpowanego” rządu z żydowskim banksterem. Wielu z nas, kierując się podobnymi racjami, wierzy, że gdyby nie kiepscy sędziowie i zmiany klimatyczne, Polska byłaby mistrzem świata w piłce nożnej, bo przecież zawsze nasi piłkarze są najlepsi.

Jest więc tak, że moje pokolenie pamięta bankructwo PRL, a jednocześnie ten fakt wypiera ze świadomości. Moje pokolenie uczy kolejne pokolenie, a czyni to w duchu swojego wyparcia. W efekcie nie ma „bankructwa PRL” i konieczności budowy „z niczego” normalnej gospodarki; jest w to miejsce „transformacja” polegająca na zamianie jednego złego systemu na drugi zły system. W PRL były kolejki ale nie było bezrobocia; w III RP nie ma kolejek, ale człowieka na nic nie stać... Fałszywa historia rodzi fałszywą politykę; wyparcie z pamięci bankructwa realnego socjalizmu, otwiera drogę rozmaitym demagogom, żerującym na ludzkiej naiwności, gotowych realizować przeróżne eksperymenty.

W imię osobistych ambicji lub ślepej na fakty wiary w dogmaty świadomie fałszuje się historię, a w jeszcze większym stopniu język. Nie jest odkryciem naszych czasów, że poprzez właściwy sposób komunikacji zmieniać możemy świadomość ludzi. Orwell w „1984” opisał jak obowiązująca nowomowa wyrugowała znaczenie słowa „wolność”, tym samym zniszczyła w ludziach marzenie o niej. Zauważmy, jak ten zabieg jest dziś stosowany. Odrębnie mówi się „wolność” na określenie swobody zachowania, wyboru ulubionej muzyki czy książki; jest także odrębna, lecz pozytywnie przedstawiana wolność polityczna (prawo głosu, zgromadzeń, wyboru przedstawiciela do władzy). Od tych „wolności”, w naszej świadomości, narzucono odróżnienie „wolności gospodarczej”; dotyczyć ona ma nie wszystkich, lecz tylko „kapitalistów”, grozi ona zwykłym ludziom nieprzyjemnymi konsekwencjami, w tym wyzyskiem ze strony przedsiębiorców i narzucaniem wysokich cen przez handlowców. Jako Polacy szczycimy się określeniem „patrioci wolności”, ale jednocześnie za antypatriotyczne i niebezpieczne uznajemy „uwolnienie gospodarki”: rynku energetycznego, rynku finansowego itd. Nie istnieje już w naszej świadomości rzecz, kiedyś uznawana za oczywistą: wolność jest jedna i niepodzielna. Każde ograniczenie prowadzi do narzucania ludziom określonego zachowania; niezależnie od tego czy dotyczy to wolności wyboru przedstawiciela do władzy, książki do czytania, dania obiadowego czy szminki do ust. Ingerencja w sferę wolności jest czasem zasadna, gdy chodzi o wolność i bezpieczeństwo innych osób; ale nawet i w takich wypadkach należy zachować pokorną roztropność. Nie warto zakazywać jazdy samochodem facetom i jazdy na łyżwach dziewczętom, nawet jeśli dane statystyczne wskazują na niebezpieczeństwa płynące z tych procederów. Dlaczego nie warto? Wolność ma zalety, których nie posiada najgenialniejszy regulator; wolność jest nieograniczona w swojej kreatywności, ona tworzy wciąż nowe potrzeby i znajduje sposób ich zaspokojenia; ona spowodowała, że zeszliśmy z drzewa, wymyśliliśmy maczugę, a potem w drodze samodoskonalenie zmieniliśmy maczugę w smartfona. Niestety, ta zaleta kreatywności jest równie niedostrzegana jak i inne walory wolności.

Zaryzykować można twierdzenie, że w naszym społeczeństwie człowiek nauczany jest lęku przed wolnością. Wolność to możliwość popełnienia grzechu, wolność to możliwość popełnienia błędu za który skarci nas nauczyciel, wolność to odpowiedzialność, której chcemy uniknąć; to ryzyko przegranej, w tym takiej bolesnej dla naszych ambicji. W Kościele, w domu, w szkole, w pracy nikt nie uczy nas, jak być wolnymi, jak najlepiej swoją wolność wykorzystać; uczą nas by z niej zrezygnować, by w zamian słuchać mądrzejszych przełożonych, by cieszyć się szczęściem niewolnika. Tak ukształtowani łatwiej stajemy się łupem przedsiębiorczych politycznych macherów namawiających byśmy im oddali swoją wolność i swoje pieniądze, bo ono wiedzą lepiej jak nas urządzić.

Publiczne piętnowanie Balcerowicza przez zarozumiałym gnojków z Pikettymi pod pachą, może śmieszyć lub gorszyć; trudno ocenić kto jest bardziej egzotyczny: zadeklarowany marksista czy odleciany marsjanin. Problem w tym, że Balcerowicz jest tylko figurą w poważniejszym sporze; w tym świadomym i podświadomym narzucaniu nam woli „ucieczki od wolności”, narzucaniu nam przeświadczenia, że eksperyment był normalnością, że wolność to problem, a niewola – rozwiązaniem. Cóż złodziej też kradnie z myślą, że racjonalniej od nas wyda pieniądze... nasze nieszczęście w tym, że uwierzymy złodziejowi.

Słuchajmy więc neomarksjan jak świnia grzmotu i pilnujmy swojego portfela. Eksperyment PRL skończył się bankructwem i nie warto go powtarzać, płacąc znów wysoką cenę za powrót do normalności.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px