Banner Top

Pan władza, czy pan policjant

„Na ulicy Kołłątaja, biła baba policaja...” - ta stara, lwowska, przyśpiewka obrazowała stosunek miejskiego plebsu do władzy, szczególnie do tej, co „w imieniu prawa” rządziła na ulicy.

Język ulicy bywa brutalny, władzy i stosowanego przez nią przymusu nikt nie lubi. Ale ten przymus i policja jest niezbędnym czynnikiem, by nawet ta lwowska baba mogła czuć się bezpieczna, by nie żyła w strachu, że to ją ktoś pobije na ul Kołłątaja   Aktualny więc zawsze pozostaje sposób organizacji społeczności łączący ochronę indywidualnej wolności z przymusem podporządkowania się dobru wspólnemu.

Policja jest instytucją wykonawczą, nie ustala, lecz wykonuje przepisy prawne; policja jest służbą: nie rządzi, nie nadzoruje społeczeństwa, lecz służy mu w zakresie i w kompetencjach określonych prawem. Pierwszą polską ustawę o policji przyjął Sejm w 1919 r.; była ona swoistym wzorem obowiązującej dziś ustawy z 1991 r. Obie ustawy próbowały tworzyć jednolity, centralnie kierowany, organizm Policji Państwowej, przy jednoczesnym powiązaniu go ze społecznościami lokalnymi. Funkcjonalność takiego modelu zależna była od praktyki. Centralizm grozi dysfunkcyjnością, przekształceniem policji w organ nadzorujący społeczeństwo, a tym samym zmniejszającym poczucie bezpieczeństwa publicznego. Pełna decentralizacja, podporządkowanie policji władzy lokalnej, grozi nie tylko „mitycznym” uzależnieniem od „lokalnej mafii”, ale powoduje dysfunkcyjność w ściganiu przestępstw będących z natury zjawiskiem ponadlokalnym.

II

Przypomnę dwa zajścia, które  kilka tygodni temu zbulwersowały naszą opinie publiczną. Pierwszy: przed jedną ze szkół mężczyzna podjeżdżający samochodem w sposób „dziwny” zaczepił kilkuletnie dziecko. Rodzice próbowali bezskutecznie zaalarmować policję, w końcu na własną rękę zaczęli tworzyć „sieć bezpieczeństwa”. Dopiero wtedy policja zareagowała, identyfikując i przysłuchując podejrzanego mężczyznę; po tym, z pomocą lokalnych mediów, wysłała komunikat o treści znanej z piosenki „Polacy, nic się nie stało..”. Drugi: przez całą noc banda wandali szalejąc po mieście zniszczyła kilkadziesiąt wiat przystankowych. Mimo „energicznych” działań policji nie udało się znaleźć wandali. Nie zarejestrowano obrazu w monitoringu wizyjnym, nie znaleziono żadnych świadków...

Przykłady różne, ale przez swoją banalność mówiące dużo o powiązaniu policji ze społecznością lokalną. Zacznijmy wyjaśnienie tego od uwypuklenia różnicy między stanem bezpieczeństwa a poczuciem owego stanu. Stan bezpieczeństwa jest wartością wymierną, przedstawiają go statystyki przestępstw i wykroczeń, ich wykrywalności itp. Pracę policji rozlicza się według owej statystyki, bo jest to mierzalny obraz jej wysiłków. Poczucie bezpieczeństwa jest kwestią subiektywną. Jeśli w telewizji mnożą się informacje o napadach na kobiety, to – bez względu na dane statystyczne – zatroszczymy się, by córka samotnie nie spacerowała w nocy. Informacje medialne to tylko jeden z czynników budujących nasze subiektywne odczucie. Do innych należy odbiór wyglądu okolicy (obawa przed nieoświetlonymi miejscami, przed nieprzyjaźnie zaniedbanymi szkieletami kamienic, przed hałasującymi, pijanymi grupami przechodniów). Nie jest tak, że spotkanie grupy pijanych, późnym wieczorem, na nieoświetlonym skwerze „Solidarność”,  zakończyć się musi dla nas źle; może zatem nie wpływać na statystyki stanu bezpieczeństwa, ale z pewnością wpływa na nasze subiektywne poczucie bezpieczeństwa.

Wymierność stanu bezpieczeństwa jest kwestią umowną. Każda instytucja, gdzie działa zależny od statystyki system nagród (fabryka socjalistyczna mierząca sukcesy wielkością produkcji, inspekcja  premiująca ilość kontroli i wpływy z nałożonych kar, urząd liczący ilość załatwionych petentów), ulega pewnej degeneracji. Czy zależy nam, społeczności lokalnej, na zwiększeniu interwencji Straży Pożarnej, przyjęć na szpitalnym oddziale ratunkowym itp.; czy może na tym by było jak najmniej pożarów, powodzi, katastrof, wypadków? Uzależnienie premii od statystyki jest zachętą do swoistego „dmuchania wyników”. Przypomnijmy przykład pierwszy: owego dziwnie zachowującego się człowieka przed szkołą. Policja przyjmując  zawiadomienie od zaniepokojonych rodziców zmuszona byłaby do dokonania szeregu pracochłonnych czynności, wiedząc, że one w żaden sposób nie wpłyną na poprawę statystyki (przestępstwa nie popełniono, nie można więc liczyć na poprawę wykrywalności). Sposób oceny pracy policjantów wpływa więc bezpośrednio na chęć „spuszczania ze schodów” wszystkich zaniepokojonych przypuszczeniem o możliwości popełnienia przestępstwa. A to, z kolei, wpływa na pogorszenie subiektywnego odczucia bezpieczeństwa przez mieszkańców.

Ludzie zazwyczaj bardziej boją się możliwości popełnienia przestępstwa wobec nich i ich bliskich, niż samego aktu przestępstwa. Zagrożenie bezpieczeństwa dziecka ma w hierarchii tych obaw miejsce najwyższe. Jeśli policja nie reaguje na nasze obawy, to w naszych oczach staje się organem zbędnym; troskę o bezpieczeństwo musimy – prawem czy lewem – brać we własne ręce. Brak albo niewłaściwa reakcja policji prowadzi więc nie tylko do spadku subiektywnego poczucia bezpieczeństwa, ale też do swoistej anarchii, prowadzącej w skrajnych wpadkach do samosądów. Nieufność wobec policji dodatkowo przekłada się na pogorszenie jakości jej pracy. Bezpieczeństwo w mieście zwiększa się, tak w sensie wymiernym jak i statystycznym, gdy istnieje stałą dobra współpraca między policją a społecznością. Tu przywołajmy przykład drugi: wandali niszczących przystanki. Zazwyczaj nie ma takiej możliwości, by ktoś nie był świadkiem nocnych wyczynów wandali. Ale nie każdy chce w tej sprawie pomóc, bo: 1) to nie jego sprawa i nie jego własność; 2) przekonał się lub podejrzewa, że bycie świadkiem to zaznanie wielu udręk proceduralnych; 3) boi się przyklejenia łatki donosiciela; 4) obawia się także zemsty ze strony wskazanych łobuzów; itd. Wszystkie obawy sprowadzają się do jednej: bo nie ufamy policji i nie wierzymy, że działa w naszej obronie, na naszą korzyść.

Wspomnieliśmy wyżej, że zcentralizowana instytucja, w której premiowanie pracowników zależne jest od statystycznych wyników, ulega pewnej degeneracji. Podobnie w pewien sposób degeneruje się społeczność zaszczepiona brakiem zaufania do instytucji publicznych. Gdy podważone zostaje  zaufanie do sprawiedliwości sądu, bezstronności prokuratury, służebnej wobec społeczeństwa roli policji; to wtedy tworzy się sieć alternatywna. W skrajnym wypadku prowadzi to do opłacaniu się mafii w zamian za pilnowanie porządku i wymierzanie sprawiedliwości. Omerta (zakaz informowania instytucji „wrogiego” państwa), jest pierwszym, wyraźnym objawem owej degeneracji. Skrajność jest ostatecznością, w społecznościach są zakodowane różne, często bardzo dobre, zachowania w zakresie troski o wspólne bezpieczeństwo, przy poczuciu braku policji. Żadna instytucja lepiej nie chroniła dzieci od „patroli babcinych”, z ławeczek obserwujących czujnie, czy ktoś obcy i potencjalnie niebezpieczny nie pęta się w pobliżu piaskownicy. Nikt nie zastąpi sąsiedzkiej czujności, gdy opuszczamy mieszkania jadąc na urlop. Żaden patrol policyjny nie sprawdzi się tak dobrze w gwarantowaniu bezpieczeństwa, jak obyczaj odprowadzania dziewcząt po imprezie pod same drzwi mieszkania. Mądrość polega na tym, by owe zachowania społeczne właściwie związać z pracą instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

III

W pierwszej, po powołaniu Policji Państwowej, instrukcji postępowania, wydanej przez Komendę Główną w 1920 r.[1] sformułowany został wymóg: „powinien policjant znać te wszystkie osoby, które, pełniąc jakiś urząd publiczny, zostają w służbowej styczności z policją, albo też te, które cieszą się szczególną powagą u ludności lub mają na nią wielki wpływ.”. Policja miała być apolityczna, wykluczano przynależność partyjną funkcjonariuszy, ograniczano możliwość ich działalności w organizacjach społecznych lub kulturalnych (możliwa tylko za zgodą komendanta); ale jednocześnie policjant powinien znać i utrzymywać kontakty z lokalną elitą. Podobnie: „policjant winien znać osoby, które z ludnością utrzymują rozgałęzione stosunki i skutkiem tego mogą dostarczyć potrzebnych wiadomości. Winien znać wszelkie osoby niebezpieczne dla spokoju publicznego, obcokrajowców, politycznie lub o szpiegostwo podejrzanych i te wszystkie osoby, które z niemi obcują” - jak dalej pisze wspomniana instrukcja. W popularnej broszurze „Jakim powinien być policjant”, wskazywano obywatelskość funkcjonariusza: „Policjant musi być opiekunem, niejednokrotnie nawet nauczycielem społeczeństwa,/.../ Pamiętaj, że mundur granatowy, który nosisz, nakłada na ciebie zaszczytny obowiązek okazywania każdemu opieki i pomocy bez względu na to, czy jesteś na służbie, czy poza służbą./.../ Sprostasz temu zadaniu tylko wtedy, jeżeli uświadomisz sobie, na czem ono polega. A więc opieka polega na ochronieniu każdego od wszelkich zagrażających mu niebezpieczeństw, a nawet od drobnych przykrości. Inaczej mówiąc, gdy policjant zauważy przygotowanie lub usiłowanie dokonania jakiegoś czynu przestępnego, winien nie dopuścić do jego zrealizowania. Gdy mu się to pomimo najlepszych chęci nie uda, winien okazać faktyczną pomoc poszkodowanemu. W ogóle cała działalność zapobiegawcza policjanta polega na umiejętnej, stałej, nadzwyczaj starannej i świadomej obserwacji wszelkich otaczających go przejawów życia. Policjant musi, jak to się mówi. wszystko zauważyć, zauważywszy, przewidzieć skutki, wypływające z danej przyczyny. Jeżeli zaś przewiduje, że skutek może zagrażać czy to ogólnemu, bezpieczeństwu, czy też bezpieczeństwu jednostki, musi tym skutkom zapobiec.[2]”

Byłoby nietaktem, gdybym od Czytelników oczekiwał, by przypomnieli sobie nazwisko swojego dzielnicowego i odszukali numer jego telefonu. Jest to oczywiste świadectwo, że powyższe cytaty są utopijnymi ideami, nie budzącymi zainteresowań współczesnych wodzów policyjnych. Organizm zcentralizowany jest zapatrzony w górę, wobec góry z pomocą różnych liczb i literek tworzy image sukcesu. Odczucia społeczności lokalnej są elementem przyziemnym, przez górę niezauważalnym. Dla „góry” sukcesem jest zatrzymanie bossów „mafii paliwowej”, którzy oszukali Skarb Państwa na 100 milion zł. Dla lokalnego plebsu działalność takiej mafii nie była problemem; ważniejsze, by policja złapała kieszonkowca grasującego w autobusach, lub chuligana niszczącego huśtawki na skwerku. Dobre państwo, dbające o jakość życia wszystkich obywateli, z podobną troską ścigałoby i tych wielkich mafiozów i tych małych szkodników-złodziejaszków. Gdy „góra” nagradza za łapanie wielkich i lekceważy ściganie małych; państwo przestaje być dobrym.

Policja od czterech lat działa w karykaturalnych warunkach przywódczych. Najpierw odpowiedzialnym za jej funkcjonowanie wiceministrem zrobiono osobnika zasługującego na krakowskie słowo „buc”; teraz ministrem zostało indywiduum skazane za podżeganie do przestępstwa. W dodatku przywracany jest model PRL, w którym polityczne ministerstwo ręcznie steruje milicją-policją. Dla przeciętnego mieszkańca Częstochowy informacja, że zdejmuje się patrole z ulicy Małej by wysłać do Warszawy korpus policyjny chroniący uczestników „miesięcznicy smoleńskiej” jest wyraźnym sygnałem o priorytetach politycznego nadzoru ministerstwa. Nie można jednak kwestii naprawy policji sprowadzać do usunięcia karykaturalnych zjawisk przywódczych.

Istotne jest przywrócenie podstawowego porządku zgodnego z duchem ustaw o policji z 1919 i z 1991 r. Zatem: wzmocnienie autonomii instytucji Policji Państwowej wobec rządu i ministerstwa. Ministerstwo nie może kierować policją, powinno ograniczyć się do tworzenia ram finansowych, prawnych i organizacyjnych jej działań. Wzmocnienie samodzielności niższych szczebli policji: komend wojewódzkich i powiatowych; związanie ich organizacyjnie z urzędem Wojewody i Starosty. Zwiększenie wpływu obywatelskiego na funkcjonowanie policji: opiniowanie pracy jednostek szczebla gminnego i powiatowego przez rady gmin i powiatów; w tym także zasada opiniowania decyzji kadrowych na poziomie szefów komisariatów i komend powiatowych. W sensie prawnym jest to powrót do rozwiązań wprowadzonych w 1991 r oraz w 1998 r (w ramach II etapu reformy administracyjnej państwa). Powiązanie policji z lokalnymi władzami samorządowymi jest konieczne, bynajmniej nie tylko jako szukanie dodatkowego źródła finansowania. To nie minister, ani komendant główny czy komendant powiatowy policji ponosi rzeczywistą odpowiedzialność polityczną za odczuwalne przez mieszkańców Częstochowy poczucie bezpieczeństwa. Jeśli jest ono niskie, jeśli mieszkańcy nie czują się bezpieczni na swoich ulicach, to cenę za to w wyborach płaci prezydent miasta. Jest to logiczne, tym bardziej, że owe poczucie bezpieczeństwa zależne jest od szeregu działań, nie tylko związanych bezpośrednio z policją. Brak oświetlenia miejsc publicznych, złe oznakowanie ulic i ich stan techniczny, nieprzemyślana siatka zabudowy domów; to są rzeczy przenoszące się na wzrost lęków mieszkańców. Dodajmy do tego niewłaściwą politykę społeczną, nie tworzącą właściwej przestrzeni dla pozytywnych zachowań obywatelskich, zaniedbania w sferze usług publicznych (edukacja, pomoc społeczna, pomoc zdrowotna). Nikt nie rodzi się bandytą, złodziejem czy chuliganem; stać się nim może w wyniku zaniedbań ze strony społecznego otoczenia. Dlatego tak istotne jest by kwestie związane z bezpieczeństwem lokalnym mogły być koordynowane na szczeblu samorządu lokalnego, by mieszkańcy mogli bezpośrednio współdecydować o tak ważnych dla siebie sprawach.

IV

Dla społeczeństw lokalnych najważniejszym ogniwem pracy policji powinien być dzielnicowy. Dobrze by pochodził i mieszkał na obszarze swojej pracy; gdy jest tam znany i jest akceptowany przez sąsiadów. W innym wypadku powinien dbać o ową akceptację, poznawać ludzi, rozmawiać z nimi, być czasem jak dobry ksiądz wędrujący „po kolędzie”. Taka inwestycja się zwraca; zaniepokojeni mieszkańcy wiedzą do kogo się zwracać o pomoc, informują o wszelkich podejrzanych sytuacjach, wskazują potencjalnych delikwentów naruszających prawo. To działa, dopóki dzielnicowy ich poważnie traktuje, a rola dzielnicowego poważnie traktowana jest na szczeblu komendy.

Wzmocnienie pozycji dzielnicowego wymaga odwrócenia istniejącej piramidy zcentralizowanej instytucji. Jest ona podobna do korporacji, gdzie najważniejsi i najlepiej płatni są prezesi i dyrektorzy z centrali. Oni uważani są za generatorów zysku, oni wymyślają produkty i mobilizują pracowników do ich sprzedaży. Marzeniem szeregowego korpoludka jest więc awans pionowy, możliwie szybko dostanie się na szczyt. Odwróćmy to pojęcie: zyski korporacji zależą w podobnym stopniu od geniuszu prezesa i od umiejętności szeregowego sprzedawcy produktu. Ludzie nie kupują od prezesa, biorą towar umiejętnie podsuwany im przez ekspedienta, często o wyborze decyduje ich osobiste zaufanie do sprzedawcy. Firma, która lekceważy ten „oddolny” wysiłek, która stawia tylko na wizję awansu pionowego, ta firma ulega degeneracji. Prezes nie chcąc awansować mądrzejszych od siebie, zmiernoci całą kadrę. Taki właśnie mechanizm korporacyjnej degeneracji widzimy dziś w policji.

Są dwie drogi. Władza centralna może dalej żyć w przeświadczeniu, że rządzenie Polską polega na okupacji społeczeństwa; a skuteczność okupacji opiera się na militarnym reżimie scentralizowanych sił bezpieczeństwa. Niestety, idea ta jest nierealna do wprowadzenia; nasze społeczeństwo ma zakodowane w genach umiejętności oszukiwania i zwalczania każdego okupacyjnego reżimu. Druga droga, wymagająca myślenia, a także zapoznania się z chrześcijańskimi tradycjami europejskiej zasady pomocniczości, to uznanie służebnej roli władzy wobec społeczności, uznanie, że rolą państwa jest chronić i wzmacniać indywidualne i zbiorowe wolności obywateli. Pierwsza droga idealizuje i premiuje prezesów i generałów, druga szanuje codzienny trud dzielnicowych i obywatelskie umiejętności samoorganizacji wobec zagrożeń.  
Innymi słowy: każde pytanie – jaka policja, rozszerza się na odpowiedź: jaka Polska.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Przypisy:
[1] Tymczasowa instrukcja Policji Państwowej Warszawa 1920 r.
[2] Schuch Jan „Jakim powinien być policjant” Warszawa 1929 r.

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px