Banner Top

Co robić? Robić swoje

  • Published in cz.Kontra

Mój znacznie starszy kolega siedział w latach 60-tych XX w więzieniu w Strzelcach Opolskich w towarzystwie „jedynego, prawdziwego, niemieckiego antyfaszysty” (według definicji owego kolegi). Ów antyfaszysta, gdy rozpalał się w dyskusji historycznej, dowodził głosem podniesionym: „ten Hitler to był skurwysyn, ta wojna była do wygrania”. W wielu domach sympatyków opozycji „antypisowskiej” padają podobne słowa: „ten Schetyna to...., ta wojna była do wygrania”.

Była. Niewątpliwie: na opozycję antypisowską oddano 8,9 mln głosów, na PiS ok 8 mln. Ale nie czyńmy za to winnym jedynie prezesa Schetynę.
Dotychczas ze strony elit opozycji antypisowskiej padały gorzkie słowa pod adresem społeczeństwa, które – ponoć – sprzedało się za 500+. Jednym z ostatnich aktów tej mody był upubliczniony tyłek celebryty-aktora, jako kwintesencja opinii o narodzie głosującym na PiS.

Pomimo niewątpliwych i słusznych racji, naród – na szczęście – nie odpowie tym samym celebrycie, oszczędzając nam szoku estetycznego. W tych wyborach społeczeństwo zachowało się rozważnie, rozsądnie i odważnie, czego absolutnie nie można powiedzieć o elitach politycznych.

Gra się toczy w określonych warunkach. PiS, co byśmy złego nie mówili, nic istotnego nie zmienił w ordynacji wyborczej. Nie narzucił korzystnego dla „wielkich” systemu d,Hondta, był on wprowadzony w czasach marzeń o dominacji innych „wielkich” partii. Nie zmieniał także zasad wyboru do Senatu; to PO obniżyła rzeczywistą reprezentatywność, a tym samym i znaczenie tej izby, rezygnując z dwóch tur wyboru. Nie mówmy także o niesprawiedliwej dysproporcji w zasilaniu kampanii wyborczej partii rządzącej środkami publicznymi i potencjałem mediów publicznych. To też dziedzictwo czasów przed-PiS-owskich, choć obecna partia ten mechanizm wykorzystuje z bezwstydną maksymalizacją.

Przypomnę, bo często padały słowa porównujące obecne wybory do tych z 1989 r; wtedy ta dysproporcja materialna była nieporównywalnie większa. Opozycja anty-PiS-owska wybrała drogę PiS-u; odwoływała się do pewnych, ważnych tradycji, nie próbując nawet uczyć się na historii. Arogancki festiwal „najmądrzejszych w całej wsi”, był jaskrawym zaprzeczeniem tradycji 4 czerwca, demonstracją jak obce opozycji są wartości demokratyczne. Grzechem byłoby jednak zrzucić za to odpowiedzialność na Schetynę.

Mamy w Polsce w XXI w., okrzepły system demokracji oligarchicznej, w którym o władze rywalizują zcentralizowane, podporządkowane wszechwładzy prezesów, korporacje partyjne. Jak to w korporacjach, ich interes nie zawsze musi być tożsamy z interesem ogółu: interes Forda, Google, Boeninga nie jest zawsze tym samym co interes USA, choć czasami się z nim pokrywa. Prezes korporacji partyjnej dysponuje u nas silną władzą, lecz jest on zakładnikiem aktywu „zawodowych polityków”, więc jego władza musi kierować się w pierwszym rzędzie na realizację partyjnego interesu. Przykrywające to teksty o „patriotyzmie”, „liberalizmie”, „wrażliwości społecznej” itp., tak jak i przywoływanie „historyczne” odniesienia podziałów „lewica/prawica” są już tylko chwytem marketingowym.

Z punktu widzenia korporacji wynik wyborów to nie tylko miejsca w Sejmie i Senacie. PiS uzyskał 21 mln zł zwrotu za kampanie wyborczą i 23,3 mln rocznej dotacji; KO (dawna PO) 17,7 mln zł oraz 19,9 mln zł dotacji; Lewica 10 mln zł refundacji i 11,4 mln zł dotacji, PSL – 7,5 mln i 8,3 mln, Konfederacja 6 mln oraz 6,8 mln. zł. Do uprawiania polityki są potrzebne przede wszystkim pieniądze, a więc owe korporacje umocniły swoją pozycję, przy tym stosunkowo najwięcej uzyskała Lewica i PSL. Postulowany „wspólny front” anty-PiS-owski nie przyniósł by tym dwóm ugrupowaniom podobnych zysków materialnych.

Swoisty dobór naturalny w polityce (podobny jak w korporacjach) powoduje, że na stanowiska zarządcze przebić się mogą łatwiej osobnicy o charakterze „samca-alfa”, mówiąc brutalniej: spragnieni władzy psychopaci. Schetyna nie jest tu wyjątkiem, jest produktem takiej a nie innej ścieżki awansu zawodowego. O martwocie trupa świadczy jego nieżywość. Nie ma żadnych przesłanek by mówić o jakimś „genie demokratycznym” w korporacjach anty-PiS-owskich. PO miała oblicze demokratyczne w chwili powstania, gdy obok siebie występowali Donald Tusk, Maciej Płażyński, Jan Maria Rokita, Zyta Gilowska; potem przeszła szybki proces demoralizacji, wycinający niezależnych i przekształcający ruch w partię władzy: partię karierowiczów. Taki sam proces zniszczył zalążki demokracji w PiS. Jest to świadectwo siły mechanizmu korporacyjnego; każda z partii zmienia się w partię wodzowską, gdzie rzesze aktywu muszą trwać w pozycji ukłonu wobec góry, wypięcia w drugą stronę. Tyłek aktora nie powinien nas szokować, dość już napatrzyliśmy się na podobne odwłoki bonzów partyjnych.

Korporacje anty-PiS-owskie przegrały nie tylko dlatego, że nie potrafiły wznieść się ponad prywatny interes i połączyć siły w trosce o ogół. Nie potrafiły także wyrzec się arogancji i otworzyć na rzeczywistą współpracę z ludźmi i środowiskami aktywnie protestującymi przeciw ekscesom PiS. Przypomnę tu przywoływaną tradycję 4 czerwca 1989 r.; nie tą z mitu, ale z częstochowskiej rzeczywistości. Otóż Komitet Obywatelski powstawał na zasadzie łączenia różnych grup wedle zasady: kto nie przeciw nam, jest z nami. Na równych prawach znaleźli się w nim socjaliści, narodowcy, anarchiści, związkowcy, działacze katoliccy i ateiści. Przy całej ułomności zastosowana została procedura jawnych prawyborów kandydatów na posłów i senatorów; w żadnym wypadku „góra” polityczna nie mogła narzucić „swojego” wyniku takich „prawyborów”. Przeciwnikiem była antydemokratyczna władza, cel był jasny – przywrócenie demokracji, zatem trzeba było „do bólu” trzymać się zasad demokratycznych.

Dla znacznej części społeczeństwa rzecz była podobna jak w 1989 r. PiS uważany był za zagrożenie dla podstaw demokracji. Niszczenie niezależności sądów, praktyczna likwidacja Trybunału Konstytucyjnego, przekształcenie prokuratury i służb specjalnych w partyjną policję, mediów publicznych w tubę propagandową partii. Do tego jawne lekceważenie zasady państwa prawa, uznawanie woli Wodza za ważniejszą od przepisów Konstytucji, zdegradowanie znaczenia parlamentu jako miejsca politycznej dyskusji. To są fakty wystarczająco uzasadniające tezę o zagrożeniach dla podstaw demokracji. Istnieje pewna hierarchia ważności. Uderzenie w podstawy demokracji zagraża wszystkim; bez gwarancji wolności głosu, zrzeszania się, manifestowania nie ma normalnego życia politycznego; bez niezależnych sądów wszelkie nasze prawa stają się fikcyjne. Przywrócenie konstytucyjnego państwa prawa ma więc znaczenie nadrzędne. Na dalszym miejscu są różnice dotyczących polityk społecznych, gospodarczych, zagranicznych itd. Logiczną konsekwencją tej hierarchii ważności powinno być „pójście razem” i odbudowanie fundamentów. Logicznym wymogiem okazywanie „do bólu” przywiązania do demokratycznych wartości. Potem, po przywróceniu demokracji, można nawet rozwiązać Parlament i w nowych, w pełni demokratycznych wyborach głosować na tych, których program polityk społecznych, gospodarczych czy zagranicznych jest nam najbliższy.

Tego typu myślenie wymaga jednak uwzględniania na pierwszym miejscu dobra ogółu, dobra Rzeczpospolitej, na dalszy plan oddalając interesy prywatne i interesy korporacji partyjnych.

Wiemy już, że korporacje partyjne są kiepskim i niewiarygodnym sojusznikiem w dążenia do odbudowy konstytucyjnego państwa prawa. Wiemy także, że nie ma demokracji bez partyjnej rywalizacji; są to więc instytucje niezbędne dla urzeczywistnienia naszych marzeń o lepszej Polsce.

Przykład PO, która nie potrafiła wyciągnąć żadnych wniosków z przegranej w 2015 r. i z konsekwentną arogancją zmierzała do kolejnych porażek, świadczy o negatywnej sile mechanizmu korporacyjnego. Podobne zjawiska widać także w mniejszych partiach, gdzie celem najważniejszym nadaktywnych liderów jest bycie pierwszym kogutem w swoim kurniku. Czy wystarczy tylko presja społeczna by uzdrowić partie? Nie, najwyżej zyska się zmianę jednego koguta-lidera na drugiego, podobnego.

Rzeczywiste efekty zyskać można jeśli presja społeczna doprowadzi do zmiany ustawy o finansowaniu partii politycznych oraz ustaw o ordynacja wyborczych. Silna, wodzowska władza partyjnych prezesów wynika z dwóch prerogatyw. To oni, centralnie, rządzą finansami partii; oni także mogą w wyborach na każdym szczeblu decydować o desygnacji kandydatów, ich miejscu na liście, a nawet o wysokości wydatków na kampanie wyborczą. Ten mechanizm centralistyczny wprowadzono pod pozorem ochrony demokracji przed korupcją; efektem – większa korupcja i mniejsza demokracja. Wyobraźmy więc sobie, że partie finansowane są identycznie jak organizacje pozarządowe: co roku możemy na rzecz wybranej partii, a w tym wybranego polityka lub określonego działania, przekazać 1% podatku... Partia i politycy zmuszeni są wówczas bez przerwy zabiegać o nasze uznanie, wódz partyjny w mniejszym stopniu decydowałby, który polityk, lub które działanie, są dla nas ważniejsze. Otwiera to też możliwość tworzenia nowych podmiotów partyjnych, które po zarejestrowaniu uzyskałyby takie samo, jak stare partie, prawo zasilania swojego budżetu odpisami z podatku PIT. Podobnie jak w przypadku finansowania partii, tak też nie jesteśmy skazani na ordynacje wyborcze faworyzujące silne korporacje partyjne. Nie ma żadnego uzasadnienia by urzędujący w stolicy prezes miałby nam narzucać kształt listy kandydatów do rady gminy. Przeciwnie, nakreślona tu powinna być „gruba kreska” uniemożliwiająca ingerencję centrum w sprawy lokalne czy regionalne. Samorządność znaczy samo rządność, a nie partio rządność.

Czy jesteśmy w stanie presją społeczną wymusić na partiach samoograniczenie ? Nie wiem; wiem, że bez tych zmian pogłębiać się jedynie będą wszelkie wady demokracji oligarchicznej.

Pamiętać też trzeba o sprawie podstawowej. Demokracja to tylko narzędzie wyłaniania władzy. W normalnym państwie żadna władza nie może być nieograniczona; bez względu na to, czy jest monarchią, demokracją oligarchiczną, demokracja ludową, demokracją bezpośrednią czy nawet zwykłą dyktaturą; gdzieś muszą i są ustanowione prawem (zwyczajem, moralnością itd.) granice. Granice naszej wolności są oznaczone w Konstytucji, na ich straży stoją niezawisłe sądy. Wybory nie kończą tematu. Trzeba dalej pilnować naszej wolności, nadal odważnie manifestować w obronie zasad. Czynić tak bez względu na malejącą frekwencje na manifestacjach, bez względu na wsparcie ze strony korporacji partyjnych. Nawet jednoosobowa manifestacja przynieść może w dalszej perspektywie efekt.

Skutecznie bronić wolności można tylko, gdy wzmacnia nas solidarność. Trzeba stać po stronie każdego represjonowanego, każdego okradzionego z wolności osobistej, każdego, kto bezprawnie został wyzuty z własności, pozbawiony z przyczyn politycznych prawa do pracy czy awansu zawodowego, każdego wykluczanego z jakichkolwiek powodu. Trzeba okazywać ową solidarność, nawet, gdy nie zgadzamy się z poglądami represjonowanego; nawet, gdy nie podoba nam się styl jego działań. Bo, powtórzmy tu słowa niemieckiego pastora, jeśli nie protestowaliśmy, gdy przyszli po Żydów, to kto zaprotestuje, gdy przyjdą po nas.

Ta solidarność możliwa jest, gdy otworzymy się na dialog. Skoro zanika dialog polityczny w parlamencie, w radach samorządowych, w gremiach partyjnych, musimy go utrzymać nawet na ulicy. Łatwo jest rządzić społeczeństwem podzielonym na nienawidzące się plemienia. Ta nienawiść celowo jest podsycana przez macherów od politycznego marketingu. Łatwo jest dać sobie wmawiać, że tylko my jesteśmy tymi dobrymi, reprezentującymi 100 % racji; i przez to utkwić we własnym getcie. Ludzie są różni, nikt nie ma patentu na nieomylność, każdy wybiera własną drogę w poszukiwaniu szczęścia, bo dla każdego słowo szczęście znaczy coś innego. Dialog zaczyna się od szacunku dla tej różnorodności, dialog tworzy szansę odnajdywania kompromisu między „moją a twoją” wolnością, między „moją a twoją” wiarą. Dialog prowadzi do pokoju, bezkompromisowość do wojny.

A przecież tylko w warunkach pokoju może trwać demokracja, mogą być chronione prawa i wolności każdego człowieka.

Cóż więc robić? Robić swoje. Nie ważne, czy się wygra, ważne, że czasy trudne się przetrwa nie tracąc przyzwoitości. By samemu sobie powiedzieć: bieg ukończyłem, cnotę zachowałem

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px