Banner Top

Monstfur w działaniu [blaszany street art]

Do ich pracowni nie wejdziemy bez zaproszenia. To miejsce szczególne. Tu powstają prace, które pojawiają się na wystawach nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Zapach aerozolu oraz farb wydobywających się z atomizerów, półki pełne puszek, zdobyczne blachy, wiele jeszcze nieskończonych prac... I oni.

Od samego początku ich działalności, także tej ulicznej, starali się nie pokazywać swoich twarzy.Działają jako pewna jednostka pod wspólnym szyldem, a nie jako dwie indywidualności, dlatego starają się ani nie korzystać ze swoich nazwisk, ani nie pokazywać własnych wizerunków częściej, niż ich przedsięwzięcia tego wymagają.

Na wystawach, festiwalach nie chodzą w maskach, nie ukrywają się, ich oblicza można odszukać na zdjęciach z wernisaży, nie są aż tak zagadkowi. Co nie zmienia faktu, że pewna zagadkowość kolektywu jest wpisana w to, co robią i rozgościła się na dobre.

Bo Monstfur jest pewnym symbolem, który nie ma ludzkiej twarzy, bo ta spłaszczyłaby to, co wyraża. Sztuka nie decyduje sama o sobie, sama siebie nawet nie definiuje. To ludzie ją odbierają i nadają jej określoną wartość, a co za tym idzie ci sami ludzie zadecydowali o tym, by sztuka ulicy pojawiła się w muzeach. To oni nadają jej kontekst, w którym ta sztuka żyje. – mówi przedstawiciel Monstfura. Mimo znajomości tożsamości artystów, pominięcie imiennego wskazywania dochowa ich tajemnicy.

Wielu artystów nurtu street art zrezygnowało z tworzenia na ulicy na rzecz ekspozycji zamkniętych lub prywatnych zamówień. Często tyczy się to celów komercyjnych. My jednak nie chcielibyśmy porzucać ulicy, murów, elewacji, chociaż bardzo nas cieszą monstfurowe wystawy w galeriach. Podobnie działają zasłużeni w street arcie, tacy chociażby jak Space Invader czy Banksy. Oni funkcjonują w nieco w innym trybie – na przykład Space Invader tworzy na odnowionych, świeżych elewacjach, a częstochowscy twórcy wybierają płaszczyzny, ulegające już destrukcji. Wybieramy je nie ze strachu przed przyłapaniem na gorącym uczynku, a dlatego, że takie obiekty odpowiadają naszemu pomysłowi na sztukę. Te prace w tym kontekście mają inną siłę sprawczą.

Praca na ulicy nie jest tylko wystawiana na oko widza, ale także na oddziaływanie z jego strony. Część prac została już w mniejszym lub większym stopniu zamalowana, ale autorzy – oczywiście nie ciesząc się z faktu zniszczeń – nie ubolewają nad tym. Bo każdy wytwór street artu otrzymuje życie, które egzystuje w przestrzeni miejskiej samoistnie i podlega wpływom naturalnym lub ludzkim. Ewolucja prac jest swoistym fenomenem, a street art wymaga pokory.

nieszkodliwi
Jeden z członków kolektywu w tym roku obchodzi już dwudziestolecie swoich prób artystycznych. Kiedy w 1996 roku spróbowałem coś szkicować, z Zachodu nadciągnęła moda na graffiti. Nieco zachłysnąłem się rysowaniem, dlatego w końcu lat 90. i po roku 2000 byłem już osadzony w sztuce ulicy. Od początku swoich zainteresowań plastycznych związany był jednak z urban artem. Fascynowało mnie miasto, struktury ulic, poszarpane reklamy, zdewastowane budynki, skorodowane ich elementy. Kojarzyłem to z przemijalnością i nieuchronnością biegu czasu.

Dodatkowym walorem przestrzeni miejskiej – publicznej jest możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Wystawiając swoje prace na krytykę, starają się jednak zmusić tym samym potencjalnych adresatów do refleksji. Jest to unikatowa szansa, ponieważ z roku na rok topnieje grono osób odwiedzających muzealne wystawy, a na wernisaże zaglądają garstki zainteresowanych. Współcześnie ludzie niechętnie świadomie decydują się na obcowanie ze sztuką, więc jeżeli zostaną zaskoczeni konkretnym wytworem artystycznym w przestrzeni miejskiej, być może mimowolnie wymuszą na sobie chwilę kontemplacji. Celem nadrzędnym Monstfura jest wzbudzenie zainteresowania sztuką tworzoną współcześnie, którą być może uda się kogoś zachwycić lub chociaż zaskoczyć. Częstochowianie codziennie mijając murale, nie muszą mieć w świadomości, że to oni są ich autorami. W street arcie nie chodzi o to, by wiązać dzieło z jego twórcą, a żeby dzieło funkcjonowało w przestrzeni jako samoistny byt. Jeśli ktoś będzie zainteresowany, to dotrze do tego, kto włożył wysiłek, by dany obraz powstał. Najważniejsze jednak – w przypadku naszych prac – by się nad nim zastanowił.

Trzeba pilnować terminologii. Nasze prace należą do nurtu street art lub urban art, graffiti jest kompletnie inną działalnością, mającą wspólne jedynie korzenie. W każdym mieście więcej jest graffiti, podobnie sytuacja ma się w Częstochowie. Sztuka ulicy, którą tworzy Monstfur wymaga zaangażowania i jest czasochłonna, co nie znaczy, że nawet doświadczonemu grafficiarzowi nie potrzeba czasu na stworzenie dzieła.  Jednak żadna z tych dziedzin sztuki współczesnej nie podlega pod drugą. Wyrastają z jednego pnia, ale stanowią dwa odrębne konary tego samego drzewa. Żadnej z tych gałęzi sztuki nie można wartościować ani stawiać wyżej nad inną. Obrazy każdego z tych nurtów mogą wymagać zaangażowania, czasu, wysiłku i okazać się dla oglądającego czymś wyjątkowym, niezwykłym.

Granica między chuligaństwem a uprawianiem sztuki jest bardzo płynna. Na ten moment tworzymy zarówno na ulicy – wciąż nieleganie, jak i dla wystaw zamkniętych. Prace Monstfura można oglądać na wielorakich festiwalach, targach, wystawach, także w kolekcjach prywatnych. W momencie gdy sami wybierają sobie miejsce w przestrzeni publicznej, ich działalność nie jest zgodna z prawem, jednak pracując, nikomu nie szkodzą, nie dewastują elewacji czy cudzych własności. Szukamy miejsc szczególnych, już zdegradowanych – przez przyrodę lub przez człowieka. Zazwyczaj są to ustronne lokalizacje, których nie mija na co dzień tłum ludzi. Naszym założeniem jest nie niszczyć niczego wartościowego. Jeśli decydujemy się zamalować drzwi, to przed naszą pracą tak czy owak wyglądały one gorzej niż po naszej interwencji artystycznej. – mówi jeden reprezentant Monstfura, a drugi dodaje: Ze względu na miejsca, które wybieramy, nie musimy się ukrywać. Możemy na wybrany teren pójść w dowolnym momencie i malować. Zazwyczaj wtedy i tak robi się niewielki happening, ktoś zwraca na nas uwagę, ktoś przystanie, a ktoś obserwuje dłużej. Żaden z obserwatorów nawet pewnie nie pomyśli, że może to być nielegalne, skoro w biały dzień ktoś rozstawia rusztowania i nie ukrywając się, maluje. Gdybyśmy próbowali się wtedy kamuflować, byłoby to niezwykle trudne. Biorą na warsztat zdewastowane miejsca, zniszczone elementy przestrzeni miejskiej, nieużyteczne komponenty industrialne, próbują nadać im nowe życie, zaproponować ze swojej strony reinkarnację martwej natury. To, co opuszczone, jest dla nich fascynujące, bo żaden inny wzrok nie dostrzega potencjału na tych płaszczyznach.

na murze
Muralizacja przestrzeni miejskich stała się w ostatnim czasie trendem niezwykle szybko rozwijającym się. Moda sięgnęła po komercję, dlatego duże koncerny decydują się często na czasowy mural na jednej z elewacji w danym mieście, rezygnując z jakiegokolwiek baneru reklamowego, który jest tańszy i łatwiejszy w instalacji. Już akt twórczy muralu wzbudza zainteresowanie, odsłonięcie go to jakieś społeczne, mniejsze lub większe, wydarzenie. Zawieszenie baneru, nie będącego niczym interesującym, nie uruchamia takiego zainteresowania. Nowa moda powoduje szum.

Większość tworzonych – chociażby w Częstochowie – murali ma na celu jedynie względy estetyczne. Na Zachodzie, który Polska wciąż goni, stawia się na odważne projekty, przełamuje się pewne tabu, zmusza do dyskusji, ryzykuje. W Polsce takie pomysły nie mają jeszcze szans na realizację. Tego miasta nie można rozumieć jednak jako jakiegoś polskiego zaścianka, to miejsce jak wszystkie inne, w niczym nie odbiega. Większe aglomeracje miejskie nie są wcale bardziej otwarte na kontrowersje. Powstają murale ambitne, zaangażowane, przemyślane, nawet odważne – nie należy tego negować. Ale najczęściej są to prywatne inwestycje, ponieważ w przestrzeniach miejskich, o których decydują władze, nie pojawiają się motywy wzbudzające niepotrzebne polityczne napięcia. Nasze murale są bardziej zaangażowane, mające za zadanie coś sobą „powiedzieć”, a nie jedynie „ładnie” wyglądać. Nie są rozdmuchanym pięknem, a czystą prawdą. Są także mroczniejsze i to także pewnie odstrasza osoby decyzyjne. Jesteśmy zwolennikami nieograniczonego dostępu do sztuki. Jeśli na drodze stają jakiekolwiek obostrzenia, zawsze znajdzie się sposób, by je ominąć i dotrzeć, do tego, czego właśnie potrzebujemy. Z drugiej strony, nie wszystkim przypadnie do gustu coś, co jest tematycznie mocne, dlatego wykazujemy zrozumienie dla niepokazywania problematycznych przekazów w mieście.

Przy częstochowskich Kwadratach, a dokładnie przy wejściu w głąb podwórka znajduje się zabytkowa witryna, którą chcieli zagospodarować jako punkt świetlny. Oświetlenie bijące od wewnątrz stwarzałoby wrażenie iluminacji o zmiennych grafikach, które mogłyby docelowo być twórczością znanych, nawet w skali ponadnarodowej artystów. Niestety pawilon zlokalizowany obok został zagospodarowany jako punkt gier hazardowych, przez co całe usytuowanie galerii straciłoby na wartości. Obok znalazł się też toi toi, który chyba nie byłby wskazany jako sąsiedztwo dla artystycznych wysiłków. Nici z kapsuły czasu.

albo w galerii
Największym błędem jest stawianie street artu obok wszystkich nurtów współczesnej sztuki wizualnej. To tak, jak kiedyś stawiano impresjonistów na uboczu ich współczesnych. Za granicą tego błędu już się nie popełnia, jednak w Polsce wciąż panuje takie przekonanie, że sztuka uliczna nie jest tak wartościowa, jak ta tworzona na sztalugach przez uznawanych w oczach znawców malarzy, którzy z zamiłowaniem sygnują swoje dzieła własnymi nazwiskami.

Korzenie nurtu street artu sięgają do wnętrz Live Factory, pracowni Andy’ego Worhola, oraz twórczości Jeana-Michela Basquiata, protoplasty graffiti, którego obrazy cechowały się połączeniem prymitywnej sztuki afrykańskiej, współczesnej „sztuki ulicy” i napisów. Jeśli ktokolwiek uważa, że street art zapoczątkował Banksy, to jest w wielkim błędzie, ponieważ jest on jednym z nowszych odkryć sztuki ulicy.

Dzisiaj prace artystów nurtu street artu lub wywodzących się z niego na rynku sztuki współczesnej sprzedawane są za dziesiątki, a nawet setki tysięcy dolarów, niektóre nawet za miliony. Czujemy się reprezentantami bardzo ważnego prądu sztuki współczesnej, być może nawet najciekawszego i najbardziej wolnego od niekoniecznych wpływów. Wiadomym jest także, że każda gałąź sztuki jest związana z finansami, ale street art jest w tym najbardziej prawdziwy, ponieważ oprócz tworzenia dla koneserów i kolekcjonerów, na potrzeby prywatnych zamówień czy pod dyktat danej wystawy, cały czas artyści tego nurtu tworzą na ulicy, wyrażając tylko to, na co mają ochotę. W sztuce przede wszystkim chodzi o przełamywanie barier, nawet o ryzyko. Twórczość w przestrzeni publicznej zazwyczaj nie jest do końca legalna, dlatego jeśli już artysta porywa się na takie ryzyko, wyraża to, co dla niego najważniejsze, najbardziej problematyczne, skomplikowane, istotne społecznie. Jeśli taka sama szczera sztuka znajduje dla siebie miejsce w galerii, nabywa nowego kontekstu, lecz nie traci na swojej szczerości.

Łaknęliśmy tego, żeby sami zobaczyć nasze prace w galeryjnych wnętrzach, bo każda praca w coraz innym otoczeniu nabiera innego sensu. Już w pierwszym roku działalności prace Monstfura pojawiły się w na wystawowych ścianach. To, że z założenia tworzymy sztukę uliczną, nie znaczy, że zamykamy się na przestrzeń zamkniętą, w której pokazać możemy mniejszych formatów prace. Galeria ma ten zasadniczy walor, że cała ekspozycja jest prezentowana legalnie. Od samego początku Monstfur miał ochotę pokazywać swoje blachy na wystawach czy artystycznych festiwalach.

Zaskakującym dla nas była nieobecność ludzi ze świata kultury, a tym bardziej sztuki podczas zorganizowanego z dużą pompą i rozmachem międzynarodowych targach sztuki współczesnej, odbywającego się w kwietniu na Stadionie Narodowym w stolicy. Monstfur docenia świetne przygotowanie, doskonałą organizację, poziom dzieł zaproszonych artystów, reprezentujących różne narodowości. Byliśmy dumni, że organizacja ArtInfo pomogła nam być członkami tego wydarzenia. Przykrym był fakt, że na takim evencie nie pojawiła się żadna szanowana osobistość, której obecność wydawałaby się obowiązkowa. Na International Art Fair spotkaliśmy jednego popularnego aktora-celebrytę, który jednak zjawił się tam tylko po to, by wirtualni followersi mieli świadomość jego obecności na kulturalnym warszawskim evencie. Według Monstfura, nie świadczy to dobrze o poziomie polskiej kultury, jeśli patrzeć na nią przez pryzmat jej reprezentantów. Ci, którzy uważają się za współtwórców kultury, powinni wykazywać przynajmniej minimalne zainteresowanie tym, co wokół nich się dzieje. Nastąpiła deprecjacja kultury, i to nie tylko polskiej. Dobrą książkę można zakupić za dziesięć złotych, chociaż panuje słuszna teoria, że płaci się przede wszystkim za nazwisko, a nie za wartość. Kulturę zaczęto rozumieć nie w kategoriach estetycznych, a opłacalności inwestycji. – ocenia współczesną kulturalną sytuację wspominany mieszkaniec Częstochowy.

z pasją
Nie pracujemy pod czyjeś dyktando, nie pozwalamy sobie na decydowanie przez klienta, co chce zobaczyć na zamawianej, przyszłej odsłonie. To Monstfur wytwarza dany obiekt, a klient, będąc zainteresowanym, kupuje go lub poszukuje czegoś bliższego jego oczekiwaniom. Jeśli dostają propozycję współpracy, jak to miało miejsce w podczęstochowskim Kamyku lub hotelu&spa, znajdującym się w śródmieściu, nadal oczekują wolności w tym, co będą chcieli zaprezentować. Zleceniodawca lub właściciel płaszczyzny pod zagospodarowanie wizualne często jest amatorem sztuki, kolekcjonerem lub naszym przyjecielem, dlatego szanuje decyzje artystów.

Tak naprawdę z pasji udało nam się uczynić pracę. Jeśli z każdym nowym dniem jest się w swoje przedsięwzięcia coraz bardziej zaangażowanym, to tej aktywności jest również coraz więcej, a to z kolei napędza nas i motywuje. Nasza praca to jeden wielki warsztat, nigdy nie wyobrażaliśmy sobie siebie za sztalugami. W ich pracowni wciąż słychać wiercenie, cięcie blach, panuje tam chroniczny rwetes...

Zawsze zaczynają od określenia koncepcji. Potem szuka się możliwości zrealizowania tej wizji. Bywa także zupełnie odwrotnie – najpierw znajdujemy przestrzeń, a potem szukamy inspiracji i ciekawego pomysłu do zrealizowania na danej płaszczyźnie.  Wykonywana jest wtedy fotografia lub sięga się do archiwum. Fotografia dotyczy jakiegoś elementu, motywu, który mógłby się pojawić w projekcie. Przypuszczalnie może to być na przykład zdjęcie jardu kolejowego. Kolejnym etapem jest wydrukowanie tego segmentu w wielkim formacie, zazwyczaj monochromatycznie. Na to nakładana jest klisza, w której wycinany jest dany moduł. Wycinamy zwykłym nożykiem do tapet w materiale. Taka folia staje się matrycą z wieloma otworami. Trzeba zaznaczyć, że nasze prace składają się z wielu warstw, więc każdą z kolejno nakładanych powłok musimy oddzielnie przygotować. Każda barwa jest odrębną warstwą. Pryska się od pięciu, nawet do jedenastu warstw. Twórczość Monstfura to nie tylko szablon, ale także interwencje malarskie, malarstwo z gestu. Bywa, że za pomocą benzyny ekstrakcyjnej lub innego rozpuszczalnika rozmywamy daną warstwę, tworząc zacieki i nieostrości. Wszystko wymaga niezwykłej skrupulatności jest bardzo pracochłonne. Gotowy obraz jest skręcany i oprawiany na drewnie. Prace uzupełniamy też metalowym kolażem, blaszanymi elementami, jak na przykład plakietka z symbolem Monstfura. Koszt wykonawstwa jest porównywalny lub niewiele wyższy niż nakład finansowy realizacji obrazu malarskiego. Zamiast płótna korzystamy z innych powierzchni, często trudnych do zdobycia, jak na przykład zabytkowe blachy. Transport nie jest skomplikowany, bo duże prace składają się z kilku elementów, skręcanych na miejscu. Łączeń praktycznie nie widać, bo blachy dochodzą do czoła.

i z ambicjami
Poprzedni rok był bardzo mocno zapracowany i przyniósł wiele afirmatywnych rezultatów, jak na przykład fakt, że jako pierwsi artyści z Częstochowy Monstfur zawisł w stałych zbiorach Muzeum Śląskiego. Ujrzeć nasze prace w jednej sali obok największych dzieł sztuki po 45 roku było bezcennym doświadczeniem. Obok Monstfura jest Kantor, Nowosielski...

To niekoniecznie jest autorska decyzja, czy zbiór jego prac znajdzie się w muzeum, ponieważ to kuratorzy konkretnych ekspozycji mają pełnię władzy i to oni decydują, czyich prac użyć, by zrealizować plan kuratorski. Decyzję odnośnie naszej twórczości podjęli pełnomocnicy muzeum na podstawie wniosków o społecznym zaangażowaniu naszej twórczości jako reprezentacji sztuki współczesnej. Instytucje muzealne coraz częściej podążają za ewolucją świadomości publicznej, dlatego do swoich zbiorów zaliczają prace reprezentujące artystyczne reakcje na problemy społeczne.

Na początku miesiąca natomiast braliśmy udział po raz drugi w monachijskich targach Stroke Art Fair, który jest największą imprezą targową sztuki współczesnej, street art oraz urban art oraz na której z powodzeniem można poszukiwać wśród obecnych Banksy’ego, Obey Giant, Herakuta czy Mr. Brainwasha. Jednym słowem: czołówka, przynajmniej w aspekcie komercyjnym. W zeszłym roku pojechaliśmy tam tylko z Simsonem, a w tym dołączył do nas Tomek Górnicki. Mieliśmy rozbudowane stoisko w bardzo dobrej lokalizacji.

2016 rok jest rokiem artystycznych rozliczeń i podsumowań, czego zwieńczeniem był wernisaż monstfurowych prac w Lublinie (Galeria Brain Damage) 27 maja, stanowiący pewien rozrachunek z dekadą istnienia na streetartowym podwórku. Gdyby ktoś miał ochotę zobaczyć kolekcję ich prac, wystawa potrwa do 17 czerwca. Lublin stanowi dla nas swoiste podsumowanie, którego nie chcieliśmy kojarzyć z Częstochową, by to właśnie tutaj zacząć, miejmy nadzieje, kolejne dziesięć lat naszej twórczości, a rozpocząć od totalnej streetartowej nowości. Z okazji dziesięciolecia działalności Monstfura zostanie wydany przez Centrum Spotkania Kultur w Lublinie oraz wspominaną Galerię Brain Damage album z naszymi pracami zagospodarowanymi na około 80 stronach. Do zdobycia internetowo lub na miejscu. My z kolei chcemy wydać w grudniu 100 sztuk katalogu z pracami Monstfura. Unikatowa forma, być może połączona z aplikacją, projekt konceptualny, nie finansowy.

Dotychczas poruszali się w zakresie realizacji motywów: miasto – maszyna – człowiek – owad. Maszyna ma wiele wspólnego z funkcjonowaniem organizmu ludzkiego, podobnie jak owada, który też nieustannie pojawia się w monstfuralnej twórczości. Szukanie powiązania między mechaniką działania tych komponentów naszej sztuki jest ciekawe i będzie wciąż dla nas inspirujące, mimo zmiany ścieżki artystycznej, którą mamy zamiar od teraz przemierzać.

Stopniowa rezygnacja z wykorzystywania opuszczonych wagonów kolejowych czy czerpania z motywu człowieka wynika z próby przeprofilowania ich sztuki na rzecz roślinności ruderalnej i pejzażu mocno zaadoptowanego, a następnie porzuconego przez człowieka. Szukamy miejsc pierwotnie naturalnych, potem ucywilizowanych, a następnie znów opanowanych przez siły przyrody. Ich zaciekawienie wzbudziła potęga woli przetrwania elementów środowiska naturalnego w przestrzeni zurbanizowanej. Odradzające się w naturalny sposób nowe życie być może w perspektywie nieodległej przyszłości stanie się motywem dominującym w twórczości Monstfura. Zmiana tematyki prawdopodobnie zaowocuje w fazie przygotować do listopadowej wystawy w Łodzi.

Zanim dotrą do Łodzi, coś specjalnego przygotowują dla częstochowian. Coś bardziej unikatowego, może nawet cyklicznego. W wyjątkowy sposób tutaj chcielibyśmy zainaugurować kolejne dziesięć lat naszej działalności, na co dobrym pomysłem może będzie ciekawy festiwal street artu, którego my będziemy kuratorami. Zaplanowaliśmy go na 2 czerwca. Festiwal Iron Oxide będzie skupiał się w obszarze huty, a dokładnie rurociągu (ul. Bojemskiego), na konstrukcji którego będą rozpięte ogromne stalowe płaszczyzny. W założeniu będą to dwie realizacje na  wielkoformatowych blachach oraz jedna instalacja rzeźbiarska, nad którymi patronat objęła spółka Invest in Częstochowa, promująca nowe miejsca w naszym mieście, związane ze Specjalną Strefą Ekonomiczną. Celem ogólnym jest rewitalizacja wspomnianego terenu poprzez promocję przestrzeni biznesowej, która obejmie nie tylko sam event, ale będzie mogła wzbudzać zainteresowanie jeszcze długo po nim. Śmiemy twierdzić, że jest to wydarzenie unikatowe nawet na skalę światową, ponieważ takie imprezy nie miały miejsca nawet w takich miastach, jak Londyn, Berlin czy Nowy Jork. Pierwszy raz będzie najtrudniejszy, jednak jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będziemy mieli chrapkę na powtarzalność wydarzenia.

Wydarzenie będzie polegało na tworzeniu prac na żywo przez światowej popularności artystów, których Monstfur zaprosił do współpracy. Wśród twórców, oprócz częstochowskich artystów, pojawi się Tomasz Górnicki, wielokrotnie nagradzany i jeszcze więcej razy wystawiany warszawski rzeźbiarz, który przygotuje wspomnianą instalację; oraz zaprzyjaźniony z pomysłodawcami Simson, który, oprócz blogowania, wyraża to, co w nim siedzi poprzez malarstwo, także w przestrzeni miejskiej. Jego prace, również murale, są odpowiedzią na aktualne problemy społeczne, ekonomiczne i polityczne. Jego zadaniem będzie zapełnienie drugiej z blach, a dzięki zupełnie innemu podejściu do sztuki, wiadomym jest, że dzieło nasze i jego nie będą zbieżne. My nie określamy się politycznie w przeciwieństwie do Simsona, który jest artystą zaangażowanym.

wciąż nasi
Częstochowa okazuje się tak samo dobrym miejscem do uprawiania sztuki, jak każde inne. Z tym miastem łączą nas też osobiste relacje personalne – rodziny, grona przyjaciół. Dodatkowymi walorami są także znajomość przestrzeni oraz – oceniana jako przyjemna – miejska atmosfera. W dobie globalizacji komunikacji nie jest problemem przejechać z miasta A do miasta B, w najgorszym wypadku zajmie to kilka godzin. W dziesięć godzin byliśmy w stanie dojechać do Monachium, samolotem bylibyśmy tam w godzinę.

W Warszawie są niemalże co weekend, ponieważ mają tam wiele zawodowych zobowiązań. Jednak przeprowadzka do stolicy niewiele by zmieniła. Tym bardziej, że oceniają to miasto jako niewspółmiernie drogie do swoich możliwości rynkowych. Tym samym również nie żałują, że ich początki sięgają Częstochowy, ponieważ ta zapewniła im identyczny start, jak zrobiłyby to inne miasta. Pewnie gdybyśmy zaczynali w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku, bylibyśmy aktualnie w innym punkcie naszej ścieżki kariery, jednak z tego, co osiągnęliśmy, jesteśmy równie zadowoleni. Na Zachodzie jest więcej prywatnych galerii, prowadzonych przez amatorów sztuk różnego wyrazu, więc pewnie byłoby o tyle łatwiej, że koneserzy pozwoliliby na poznawanie niszowej twórczości w galeryjnych czterech ścianach na szerszą skalę. W tym momencie jesteśmy na etapie ekspansji zagranicznej, chcemy coraz częściej pojawiać się na festiwalach i wystawach międzynarodowych, jednocześnie nie biorąc nawet pod uwagę wyprowadzki. Częstochowa to nie tylko baza wypadowa, ale także dom.

dla cz.info.pl Patrycja Wojtasik; foto: arch. Monstfur

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px