Banner Top

Postanowienia noworoczne

Podobno Pana Boga najbardziej rozśmiesza powaga z jaką ludzie próbują zaplanować sobie życie. Postanowienia noworoczne są takimi mini-planami; obiecujemy sobie, że będziemy żyć lepiej, zdrowiej, kulturalniej itd. A potem dochodzimy do wniosku, że do pełni szczęścia brakuje nam papieroska i piwka.

Nie wierzę już, że może mnie oczekiwać lepszy rok; to co lepsze w moim życiu to już było. Nie mam już osobistych ambicji, marzeń i pragnień wymuszających nadzwyczajną aktywność. A jednak jestem przekonany, że w tym roku nie można być biernym, nie można godzić się by „jakoś tam było”.

Są pewne wartości, są pewne zasady, których trzeba bronić, nawet wtedy, gdy nie przynoszą osobistych korzyści. W tym roku rozpoczyna się maraton trzech kolejnych wyborów politycznych: do Parlamentu Europejskiego, do Sejmu i Senatu, na stanowisko Prezydenta Rzeczypospolitej. Każde z nich jest bardzo ważne. Kolejne decyzje wyborcze określą jaka będzie Polska. Porównać można wagę tych wyborów, do historycznej decyzji powziętej 30 lat temu, 4 czerwca 1989 r. Wtedy nie chodziło o wygraną tej lub tamtej partii, o karierę tego czy innego polityka; najważniejsze było określenie przez społeczeństwo: jakiej chcą Polski. Ludzie zdecydowali: chcą normalnego, europejskiego państwa. A więc tego, co specjaliści nazywają demokracją liberalną; państwem, gdzie rządzi prawo; państwem, w którym równoważące się i wzajemnie kontrolujące instytucje władzy skutecznie chronią wolności, własności i bezpieczeństwa wszystkich obywateli.

Trzydzieści lat po tych historycznych wyborach, po odzyskaniu Niepodległości, konieczne jest ponowne, wyraźne opowiedzenie się: czy jako społeczeństwo (naród) chcemy żyć w normalnym, europejskim państwie. Trzydzieści lat temu, by zyskać możliwość życia w normalnym, europejskim państwie, niezbędne było pozbawienie władzy PZPR, jako molochu podporządkowującego sobie wszystkie instytucje państwa i wszelką aktywność obywatelską. Dokładnie z tego samego powodu, odzyskanie możliwości życia w normalnym, europejskim państwie, wymaga odsunięcia od władzy PiS-u.

Trzydzieści lat temu panujący socjalizm doprowadził PRL do gospodarczej upadłości. Mimo tego, według wiarygodnych badań opinii publicznej, PZPR mogła liczyć na minimum  60% poparcia społecznego. Monopol informacyjny, zawładniecie wszelkimi instytucjami państwa, będące w dyspozycji partii rządzącej środki materialne, tworzyły wyraźną nierównowagę w grze demokratycznej. W Legnicy jeszcze stacjonowały wojska sowieckie, istniały obawy, że „wielki Brat” nie pozwoli na zmiany. Najgorszym wrogiem był brak nadziei społecznej, przyzwyczajenie do tego co jest, lęk, że zmiany mogą przynieść tylko pogorszenie. Wybory były tylko częściowo demokratyczne, opozycja mogła uzyskać nie więcej niż 1/3 miejsc w Sejmie. Mogła więc pełnić rolę „listka figowego” w kolejnej odsłonie „reform PZPR-owskich”. Tak się jednak nie stało; w krótkim czasie udało się zmobilizować poparcie społeczne; udało się bez przemocy obalić antydemokratyczny system władzy.

Nie został dzień 4 czerwca uznany świętem narodowym. Rządzący Polską beneficjenci III Rzeczpospolitej odnoszą się z pogardą do źródła wolności. Może i dobrze, bo niedawne obchody 100 lecia Niepodległości pokazały, że świętowanie bywa szkodliwe dla poczucia wspólnotowości. Lepiej zamiast świętować, uczyć się na przykładach historii, przerobić dobrze lekcję z 1989 r., by potrafić dziś na nowo ocalić wartości związane z wiosną odzyskiwanej wolności.

Kryzysu dziś nie ma, Polsce nie zagraża gospodarcza upadłość; normalność wprowadzona przez Balcerowicza stworzyła tak silne fundamenty rozwoju, że budowla przetrwać może nawroty socjalizmu autorstwa Morawieckiego. Rośnie jednak liczba osób rozczarowanych „dobrą zmianą”, coraz więcej ludzi sprzeciwia się zawłaszczaniu państwa i naruszaniu podstaw prawa: Konstytucji. Wybory samorządowe pokazały, że PiS nie jest ceniony w dużych miastach, w tym w naszej Częstochowie. Zdawać się może, że mija okres wszechwładzy tej partii.

Ale nie żyjmy złudzeniami. Można na różne sposoby uzasadniać kwestię oddzielenia polityki od moralności. Historia jednak potwierdza, że przegrana, tak u rządzących jak i u opozycji, ma swoje przyczyny w zjawiskach wymienianych jako siedem grzechów głównych: w pysze, w chciwości, nieczystości (zdradliwej nielojalności), zazdrości, nieumiarkowanej konsumpcji, gniewie i lenistwie. Wszystkie stanowią naganną przypadłość PiS-u, będącą zwiastunem ich klęski. Podobne jednak grzechy obciążają partie opozycyjne, uniemożliwiając tworzenie spójnej alternatywy.

Złudzeniem jest uznanie zwycięstwa w Warszawie i w Częstochowie za symbol dowodu wygranej przez opozycyjnie w wyborach samorządowych. Koniecznym jest przypomnienie, że przegrano, na własne życzenie, samorząd Województwa Śląskiego. Przegrano bynajmniej, nie tylko z powodu jednego pana, który zmienił barwy partyjne. W 45 osobowym Sejmiku PiS zdobył 22 mandaty, Koalicja Obywatelska 20, ten fakt był decydującym.

Spójrzmy na wyniki głosowania. PiS zdobył ogółem 560 tys głosów, Koalicja Obywatelska 503 tys.  Ale dodatkowo na Lewicę oddano 144,8 tys głosów, na PSL 90 tys. Gdyby zsumować: partie będące w wyraźnej opozycji wobec PiS zdobyły razem 748 tys głosów (ok 42% ogółu przy 32% PiS). W przeliczniku ordynacji wyborczej pozwoliłoby to im uzyskać ok 30 mandatów, zamiast 20 KO oraz 2 dla Lewicy i 1 dla PSL. Nie byłoby wtedy problemów z jednym panem Kałużą, szeroka koalicja spokojnie przez kolejnych 5 lat rządziłaby Województwem Śląskim. Podobny błąd zrobiły ugrupowania tworzone by być alternatywą dla partii politycznych. Podział tradycjonalistów Ślązaków na dwa komitety Ślonzacy Razem i Śląską Partię Regionalną, a także odrębna lista Bezpartyjnych Samorządowców doprowadziło do zmarnowania 197 tys głosów (Ślonzacy Razem 56, 4 tys; ŚPR 54,1 tys, Bezpartyjni 86, 5 tys). Zasadnym jest pytanie zadane liderom partii: co zyskała Lewica, co zyskał PSL, idąc odrębnie... Po jednym mandacie w ławce opozycji; wszak tyle samo by zdobyli w ramach szerokiej koalicji, zyskując dodatkowo realny wpływ na władzę w regionie.

Do Sejmu jest podobna ordynacja. Tu także możliwy jest wynik podobny: PiS zdobywa 32%, KO 30%, SLD 8%, PSL 5%, a ugrupowania „bezpartyjnych” nie pokonują progu. Także w Sejmie zdarzyć się może przeciągnięcie „jednego Kałuży”; w efekcie PiS wybrany przez mniejszość społeczeństwa będzie mógł rządzić dalej. Czy o taki efekt walki liderów o przywództwo w politycznym stadzie chodzi społeczeństwu? Czy możliwe jest przekonanie społeczeństwa do ważności zbliżającego się maratonu wyborczego, jeśli istotniejsze wydaje się dobro partii, a nie dobro Polski?

Trzydzieści lat temu obóz opozycyjny był nieporównywalnie bardziej podzielony. Pod szerokim znakiem „Solidarności” występowali narodowcy i socjaliści, liberałowie i związkowcy, kpn-owcy i anarchiści z WiP, katolicy i ateusze. Moimi bliskimi przyjaciółmi w Sejmie była zarówno radykalna feministka Barbara Labuda jak i równie radykalny, narodowy katolik, Marek Jurek. Bynajmniej nie było łatwym przekroczenie tak wielkich różnic; jedność też udawało się utrzymywać tylko w okresie, gdy było to niezbędne. Była przed wyborami pokusa: skoro opozycja może zdobyć tylko 1/3 mandatów, zróbmy wybory w formie rywalizacji różnych ugrupowań w opozycji. Zadecydowały inne racje: musimy być razem, by zmienić wybory w plebiscyt, by dać szansę wypowiedzenia się społeczeństwu, czy jest za budową normalnego, europejskiego państwa. Dziś także na pierwszy plan powinny wystąpić inne racje. Tu nie chodzi o indywidualny sukces pana Biedronia, pana Czarzastego, pana Kosiniaka-Kamysza, pani Lubnauer, itd.; nie chodzi o umocnienie władzy pana Schetyny; tu chodzi o Polskę, o to by społeczeństwo mogło jednoznacznie określić: czy jest za państwem PiS-u, czy za normalnym państwem europejskim.

Łatwo powtarzać padające od trzech lat słowa o konieczności jednoczenia. Trudniej to zrobić pamiętając, że w polityce dominują jednostki typu „samca alfa” zazdrośnie walczące o swoją pozycję. W opisie trwającego od lat kontredansu jednoczącego opozycję posiłkować się można podobnymi w treści określeniami sytuacji na froncie w 1917 r.. Według raportu niemieckiego „sytuacja jest zła, ale nie beznadziejna”, w raporcie austriackiego generała: „sytuacja jest dobra, ale beznadziejna”. Przyjmijmy więc optymistycznie, że sytuacja jest zła...

Co jest możliwe, by zła sytuacja nie była beznadziejną? Możliwe, choć trudne, jest wydyskutowanie wspólnego minimum programowego ugrupowań opozycyjnych. Partie nie muszą rezygnować ze swych sztandarowych propozycji programowych; ale zgodzić się mogą, że wszelkie szansę na realizację różnych celów politycznych mogą nastąpić tylko w demokratycznym, normalnym państwie europejskim. Chodzi więc o to, by takie państwo odbudować; w nim dopiero można się spierać o kształt polityki społecznej czy gospodarczej. Możliwe, choć trudne, jest opracowanie zasad uczciwej współpracy, gwarantującej autonomię każdemu podmiotowi politycznemu współtworzącemu koalicję. Przyjąć tu należy, że nie jest to umowa małżeństwa zawierana na wieczność; jest to kontrakt zawarty na określony czas w określonym celu.

Są to rzeczy trudne, ale możliwe. Najtrudniejszym jest porozumienie w sprawie list wyborczych, w każdym okręgu ambitni politycy będą bezpardonowo walczyć o „jedynkę”. Narzucanie decyzji z góry bywa w tym bezskuteczne, często prowadzące do podsycania konfliktów i osłabiania kampanii wyborczej. Przypomnieć tu można konflikty osłabiające budowanie AWS w 1997 r. Trudno też ustalić parametry takowego porozumienia. Z wielkim szacunkiem odnieść się można do efektów pracy naszych reprezentantek PO w parlamencie; ale na miejscu PO nie istnieje, zdominowane przez lewicę. Czy jedynka w związku z tym ma przypaść SLD, czy może należy ją odstąpić PSL-owi (by pozyskać wiejski elektorat)? Czym mają się kierować mędrcy w Warszawie?

Szansą jest rezygnacja warszawskich mędrców z części władzy i oddanie prawa decyzji „na dół”, społeczności zamieszkałej w okręgach wyborczych. Stawiając na demokrację warto być demokratycznym, nawet do bólu. Inny słowy: warto postawić na eksperyment z prawyborami.

Konieczne jest tu jednak ograniczenie nieodpowiedzialności zasadami. Do udziału w prawyborach powinien móc przystąpić każdy obywatel, który złoży oświadczenie, że jest sympatykiem koalicji obywatelskiej i wpłaci na konto wyborcze koalicji minimum 100 zł. Próg wymagający wyłożenia własnych (nie partyjnych) pieniędzy jest bardzo ważnym, rzeczy za które się płaci traktujemy zazwyczaj bardziej odpowiedzialnie niż dobra dostawane za darmo. Płacę, inwestuje swoje własne, zarobione pracą pieniądze, po to, by mieć możliwie najlepszego, swojego reprezentanta w parlamencie. Jest to też inna sytuacja niż dotychczasowy zwyczaj, gdy lider partyjny z centrali Warszawskiej namaszczał kogoś na mojego reprezentanta i dysponując władzą na pieniądzmi (zabranymi z moich podatków) finansował jego kampanie. W takiej sytuacji wybraniec czuł się bardziej lojalny wobec partyjnego lidera niż wobec wyborców.

Nie będę twierdził, że prawybory, organizowane przy otwartej kurtynie, sprawiedliwiej wyłonią kandydatów na parlamentarzystów. Demokracja też ma swoje wady, mądrość tłumu występuje tylko wtedy, gdy większość ludzi w tłumie jest mądra. Ordynacja wyborcza może zniwelować wyniki prawyborów; nie ma przymusu głosowania na „jedynkę”, można z długiej listy wybrać swojego. Zasada partnerskiego porozumienia powinna wręcz zachęcać by akt wyborczy stanowił efekt uczciwej rywalizacji wewnątrz koalicji. Prawybory są niezbędne tylko po to, by usunąć najtrudniejszy element negocjowania wspólnych list przez różnorodne ugrupowania.

Przypomnę tu raz jeszcze, i to przypominać trzeba wielokrotnie: w wyborach do sejmiku Województwa Śląskiego przeciw PiS-owi zagłosowało zdecydowanie więcej osób, ale mimo matematycznej przegranej PiS rządzi województwem. Taki jest efekt pychy, chciwości, zazdrości i lenistwa partii określających się jako opozycja. Czy takie same grzechy utrwalą na kolejne cztery lata władztwo PiS-u nad Polską?

Panie, który biednemu Hiobowi odebrałeś już prawie wszystko, przywróć mu chociaż na chwilę rozum.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px