Banner Top

Rozdwojenie myźni [1]

W sporze warszawskim dotyczącym zmiany nazwy al. Armii Ludowej na al. Lecha Kaczyńskiego, może paść jeden zamykający dyskusję argument: żołnierze Armii Ludowej, w odróżnieniu od ś.p. Lecha Kaczyńskiego walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Nie da się, bez obaw o schizofrenię, gloryfikować Czynu Powstańczego, przy jednoczesnym pozbawieniu honoru jego uczestników.

Spór to jednak warszawski - z uporem będę powtarzać: prawo nadawania nazw ulic przysługuje wspólnocie lokalnej, jest poważnym naruszeniem zasad porządku społecznego pozbawianie społeczności lokalnego tego prawa. Grozi to narzucaniem przez centrum swojej prawdy, swojej ideologii, swojej wiary.

I

„Całkowitej prawdy nie zna żaden człowiek na tym świecie. To co my, ludzie, nazywamy „prawdą” jest zaledwie jej szukaniem. Szukanie prawdy jest tylko możliwe w wolnej dyskusji. Dlatego ustrój komunistyczny, który tego zakazuje, musi być siłą rzeczy – wielką nieprawdą. Znalazłszy się tedy w świecie uznającym wolność jednostki i wolność myśli, winniśmy czynić wszystko, aby nie zacieśniać horyzontów myślowych, ale rozszerzać; nie zacieśniać dyskusji, a ją poszerzać” pisał Józef Mackiewicz. Słowa odnosił do ustroju komunistycznego, ale znamy – niestety – także szereg innych ideologii dążących do ukrócenia wolnej dyskusji by narzucić swoją prawdę.

A jaka ona jest? A jaka jest prawda o Armii Ludowej? Żołnierze jej walczyli w Powstaniu, ale oprócz tego inni żołnierze AL popełnili szereg czynów haniebnych i przestępczych: mordowali niewinnych ludzi, rabowali cudzą własność, gwałcili kobiety. Czyny takie nie dotyczyły tylko Niemców, nie można ich usprawiedliwić wojną; mordowano, rabowano i gwałcono także obywatelki/obywateli Rzeczpospolitej Polskiej. W dyskusji, nie tylko o ulicy warszawskiej, obrońcy AL świadomie to przemilczają.

Podobny „głuchy telefon” działa w debacie (o ile debatą można nazwać wzajemne obrzucanie się kamieniami) o „żołnierzach wyklętych”. Jedni gloryfikują bezkrytycznie, zamykając uszy na rzeczywiste fakty. Drudzy reagują na zasadzie Pawłowa: skoro Oni mówią „białe” to My powiemy „czarne”. Tego typu „nonkonformizm” prowadzi do rzeczy, dla mnie oburzających i haniebnych, do nazwania żołnierzy „Warszyca” mordercami. Prosić mogę jedynie wypowiadających takie słowa, by poznali Bąkową Górę, by wyobrazili sobie 17 młodych ludzi, zamordowanych i pogrzebanych tam; odnalezione ich zwłoki nosiły ślady okrutnych tortur. Kto był mordercą? Zarzuty współczesne wobec żołnierzy „Warszyca” brzmią jak usprawiedliwienie takich, okrutnych zbrodni. Jednocześnie jednak nie da się zaprzeczyć, że także w KWP, jak w innych formacjach konspiracyjnych ujawniały się przypadki zwykłego bandytyzmu. Wojna demoralizuje, każda wojna każdą stronę w niej uczestniczącą. Tak w przypadku okresu walki z okupacją hitlerowską, jak i powojennej, desperackiej obronie przed terrorem komunistycznym, w lasach oprócz żołnierzy byli bandyci. Czasem jedno na drugie się nakładało. Należy o tym też dyskutować, należy to przypominać, by z przekonaniem mówić: nigdy więcej wojny.

II

Pan profesor Andrzej Zybertowicz w debacie organizowanej przez TVN zdefiniował, kto jest Polakiem. Polak, prawdziwy Polak, ma:
1) uznawać potrzebę posiadania własnego, niepodległego państwa
2) uznawać, że polski naród i państwo formuje Kościół Katolicki
3) może krytykować, lecz nie może fałszować polskiej historii.

Głosić różne tezy każdy może, jeden lepiej drugi gorzej. Mimo prominentnej pozycji pana profesora, nie sadzę by mój status prawny zależny był od spełnienia wyżej postawionych warunków. Może pan profesor nie uważać mnie za Polaka (to jego opinia i jego problem), nie może mnie jednak pozbawić biernego i czynnego prawa wyborczego, ani też zwolnić mnie z obowiązku płacenia podatków na rzecz mojego państwa.

Opinia pana profesora określająca coś co ma być „prawdziwym Polakiem” jest rozbieżna z zawartą w Preambule Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej definiującą Narodu. Ale kto wymaga, by wszelkie opinie miałyby być zgodne z Konstytucją. Co wtedy z tak utartymi zwrotami jak „każdy Polak kibicuje Stochowi”, „co to za Polak co nie potrafi pić wódki” czy też „każda Polka kocha Olka”... Nie traktujmy pewnych słów poważniej, niż na to zasługują. Gdyby w ślad za wygłoszoną opinią pan profesor raczył pluć do zupy każdemu uznawanemu za nie-Polaka; byłby to problem, wymagający zdecydowanej interwencji. Problemem, bardzo poważnym, stałaby się opinia pana Zybertowicza, gdyby miała zmienić się w formę prawa stanowionego przez Parlament. Ot, w przypływie fantazji większość sejmowa uznaje, że tylko ona jest obywatelstwem polskim z przysługującymi jej prawami, a reszta to pariasi wypełniający wyłącznie obowiązki wobec państwa.

Tylko, że wówczas władza liczyć by się musiała z uzasadnionym buntem poddanych. U źródeł naszej cywilizacji jest uchwalona w 1776 r w Filadelfii (USA) Deklaracja Niepodległości, w sposób jednoznaczny określający służebny charakter państwa (ma ono chronić naszą wolność, bezpieczeństwo i własność) i przyznająca prawo do buntu, jeśli tych obowiązków państwo nie wypełnia. Pytaniem, które zadać może pan Zybertowicz lub inni, liczni, zwolennicy, wymyślonej w Moskwie, idei demokracji suwerennej, jest: czy musimy czuć się związani słowami deklaracji uchwalonej przez inny naród, na innym kontynencie, w innej epoce. Przecież demokracja daje możliwość tego, że każdy ma ustrój na swój strój.

Podobno w polityce, jak i w biznesie, gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. W sporach o kwestie podstawowe, gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o wartości. Jest coś, co można określić jako cywilizację europejską (wbrew nazwie obejmującą nie tylko państwa europejskie, ale i USA, Japonię, Australię itp. kraje na różnych kontynentach). Cywilizacja ta budowana była w długich procesie zmian historycznych, twórczo adaptując ideę starożytnych greckich filozofów, rzymskich prawników, duchownych interpretujących słowa Starego i Nowego Testamentu, po to, by tworzyć model życia zbiorowego możliwi najlepiej służący każdej indywidualności ludzkiej. Polska od 1050 lat była kształtowana przez tą europejską cywilizację, nawet gdy utraciła własną suwerenność państwową, jej aspiracje wolnościowe kierowane były w stronę  tej symbolicznej „Europy” (a nie Azji).

To jest dziedzictwo, której nie możemy odrzucić. Z tej cywilizacji przejęliśmy normy będące już dla nas oczywistą oczywistością: służebność instytucji państwa, podział ich i wzajemne równoważenie, domniemanie niewinności, nienaruszalność własności prywatnej, zasadę, że prawo nie działa wstecz, że każdy jest równy w obliczu prawa, że wolność i godność jednostki jest niezbywalna itp. Wspomniana Deklaracja Niepodległości jest dla nas nie tylko dokumentem pewnej epoki historii obcego kraju, lecz uniwersalną wykładnią tego, czy powinno być państwo w cywilizacji europejskiej. Wśród tych uniwersalnych zasad  cywilizacji europejskiej, znajduje się i to, o czym pisał Mackiewicz: prawo poszukiwania prawdy przy korzystaniu z pełnej otwartości dyskusji. „Znalazłszy się tedy w świecie uznającym wolność jednostki i wolność myśli, winniśmy czynić wszystko, aby nie zacieśniać horyzontów myślowych, ale rozszerzać; nie zacieśniać dyskusji, a ją poszerzać”.

III

I tu dochodzimy do kwestii tytułowej: rozdwojenia myźni. Spór współczesny w Polsce ma charakter rewolucyjny, więc tworzący ostrą opozycję „my” - „oni”. Dynamika jest tak wielka, że przestaje być czytelne, o co właściwie chodzi. „My” ( opozycja) postrzega wszelkie zmiany wprowadzane przez rząd jako chęć zniszczenia lub dokuczenia opozycji; świadomym czy podświadomym motorem wprowadzania zmian przez obóz rządzący - „Onych” - jest chęć utrzymania władzy (w tym przez zniszczenie opozycji). W tej dynamice sporu zanikło coś, co powinno być wartością w polityce: domniemanie dobrych intencji. Kiedy rząd zamierza zwiększyć uprawnienia służb ochrony środowiska, opozycja nie widzi w tym możliwości skuteczniejszego ścigania „trucicieli”, lecz tylko nowy aparat represji. Gdy PSL proponował rozszerzenie programu 500+ na zasadzie „złotówka za złotówkę” (tak by osoba przekraczająca ustawowy próg dochodowy o symboliczną złotówkę nie traciła całej sumy pomocy prorodzinnej), traktowano to jak zamach na „program doskonały”. Brak domniemania dobrych intencji tworzy każdy spór nierozwiązywalny; nie da się, w żadnej sprawie porozumieć z kimś, kogo się uważa za kłamcę i oszusta.

Następuje proces usztywnienia stron. Z pogardą traktuje się tych neutralnych, co siedzą okrakiem na barykadzie. Z nieufnością tych, którzy dostrzegają jakąś wartość jakiegoś pomysłu drugiej strony. Myźń staje się zwarta, bitna i gotowa na wszystko, prócz kompromisu. Upowszechnia się relatywizm moralny: zło czynione przez nas jest dobrem, bo czynione jest w dobrej sprawie. I to jest właśnie rodzajem rozdwojenia myźni, czy społecznej schizofrenii.

Jeśli uważam, że wartością jest niezależność i bezstronność sądu, nie mogę wymagać od niego, by wydawał wyroki „po mojej myśli”. Jeśli wolność dyskusji jest dla mnie rzeczą ważną, nie mogę kneblować ust Terlikowskiemu czy Zybertowiczowi. Jeśli podstawą wolności społecznych jest prawo stowarzyszania się czy prawo do  zgromadzeń; to na jakiej podstawie chcemy pozbawiać tego prawa narodowcom.

Dialektyka schizofrenika jest przeokrutna. Przekonałem się o tym, gdy nieopatrznie wdałem się w debatę z człowiekiem, który był jednocześnie przeciwnikiem eutanazji ( bo każde życie jest święte) i zwolennikiem kary śmierci (bo kto dokonał zbrodni sam się pozbawił praw do bycia człowiekiem). Równoległe uzasadnianie logiczne stosunku do eutanazji (przeciw) i kary śmierci (za) nie stanowiło dla owego schizola problemu; zdumiał go za to ogólny wniosek: z eutanazji – w jego doktrynie prawnej – skorzystać będzie mogła osoba, która zabije inną osobę. Takie rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy, bo w jego rozumowaniu racje mogą się toczyć tylko równolegle. Zastanówmy się, czy nasza logika opozycyjna nie biegnie podobnie równoległymi torami.

To, że kogoś lubię lub nie lubię; nie powinno wpływać na moje przekonanie, że prawo jest równe dla wszystkich, a werdykt wydaje niezależny (także od nas) sąd na podstawie przedłożonych dowodów. Częstym przykładem stronniczości myślenia jest przyznawanie sobie immunitetu na mocy tzw. „nieposłuszeństwa obywatelskiego”. Sam kiedyś praktykowałem takowe nieposłuszeństwo, mogę więc wyrazić nieprzyjemną opinię. Decydując się, w ramach protestu, na złamanie prawa, dobrowolnie przyjmuję tego skutki, bo inaczej mój protest nie miałby moralnego znaczenia. Jeśli protestując nie płacę podatków czy naruszam ustawę o zgromadzeniach, muszę pogodzić się z nałożoną za to karą; nawet jeśli czynię to w najsłuszniejszej sprawie. Chroniąc się za immunitetem nieposłuszeństwa obywatelskiego odmawiamy tego samego prawa oponentom. Więcej, bez refleksji oczekujemy by potraktowani byli na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej.

Schizol[2] nie dostrzega niszczycielskiej logiki odpowiedzialności zbiorowej. Daje się tu uwieść emocjom. Podam więc przykład takiego myślenia równoległego. Prawdopodobnie przypadki pedofilii wśród księży katolickich stanowią ten sam promil, co przypadki związku z terroryzmem emigrantów z Bliskiego Wschodu. Tylko emocje i ślepa wiara powoduje, że w zależności od grupy wrzeszczymy o tym, że cały kler to pedofile (jedni), albo: wszyscy islamiści to terroryści (drudzy). W obu wypadkach takie uogólnianie prowadzi do poważnych szkód społecznych. Mamy już ministra „bojowca” co nie chce przyjąć głodnych, chorych, bezdomnych wygnańców z kraju ogarniętego wojną, bo boi się terrorystów. Wyobraźmy sobie podobnego ministra zakazującego wszystkim duchownym kontaktów z dziećmi, w obawie przed pedofilią.

Gra na takich emocjach sprzyja politykom. Łatwiej konsolidować obóz wokół siebie budując atmosferę strachu. Mam głosować na PiS, bo boję się zgenderyzowanych feministek? Mam głosować na „Razem” z obawy przed mitycznym zagrożeniem faszyzmem? A co gdy się nie boję, ani jednego, ani drugiego; gdy boję się tylko własnego strachu, wiedząc jak łatwo odbiera on rozum.

Nie mam powodu lękać się mitycznego faszyzmu, skoro takowy już jest, ma się dobrze i rządzi. To co budzić może moje obawy, to fakt, że popsute fundamenty praworządnego państwa mogą być dowolnie dalej niszczone przez kolejne ekipy wyniesione oburzeniem ludzi. Teraz pan Zybertowicz wyraża opinię, kto jest a kto nie jest Polakiem. Jutro inny pan narzuci swoją definicję, wykluczając wszystkich tych, których uzna za nietolerancyjnych. Dziś budują pomniki Kaczyńskiemu, a dzieci w szkołach uczą się jak „żołnierze wyklęci” Gwiazda z Morawieckim walczyli z „Bolkiem”. Jutro obalą pomniki i zbudują nowe... Tak ma być? Tak ma skończyć się schizofrenia społeczna, rozdwojenie myźni: zastąpieniem cholery dżumą.

Dbajmy o fundamenty, dbajmy o każdy detal osadzający Polskę w europejskiej cywilizacji, czyńmy to nie po to, by ratowane zasady nam służyły, lecz by każdy mógł cieszyć się się wolnością i godnością.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Przypisy:
[1] Myźń – określenie zasugerowane przez prof. W. Pisarka. Skoro jest jaźń ( od ja) i bywa rozdwojenie własnego ja ( schizofrenia), to może być także myźń ( od my) i schizofrenia dręcząca tą postać naszyzmu.
[2] Określenie to może obrażać ludzi chorych; podkreślam więc, ze kieruje je wyłącznie pod adresem ludzi uważających się za zdrowych.

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px